000181a |
Previous | 6 of 8 | Next |
|
small (250x250 max)
medium (500x500 max)
Large
Extra Large
large ( > 500x500)
Full Resolution
|
This page
All
|
¥
Kt
£--J
3 63K
A ł
i4S Brł<?':
ii1::
3 r
Ffc
F n-4- j
K-SaK-Ł- T
f
ITJL 4
Jerzy Seweryn Bkałrabmaireasz!
(COPYRIGHT BY
IV
Gdy obudził się Barbary ju nic
było Nie bło i Kowalczyka Irusia krzą-tała
się przy kuchni gotowała kawę dla
dzieci zmywała naczynia po wczorajszej
kolacji Przez chwilę obserwował ją przez
zmrużone powieki: wyglądała bardzo go-spodarnie
we wzorzystym szlafroczku
przepasanym fartuszkiem: mały duch do-mowego
ogniska Gładkie uczesanie na-dawało
jej tak przedziwnie młody wy-gląd
że Iza siedząca w podobnym szla
froczku na Józku wyglądała na jej młod-szą
siostrę
Za oknem szumiał wiatr i raz po raz
nadlatywały krótkie śnieżne nawałnice
Okno mroczniało w pokoju stawało się
ciemniej z popielnika buchał gryzący
dym napełniając pokój ckliwym czadem
Irusia uchlała drzwi na chwilę i wtedy
z klatki schodowej ciągnęło wilgotną
ciężką stęchlizna Iza i Marek kulili się
na łóżku zsiniali i smutni — "Biedaki"
— pomyślał Mokrjcki — po lm pałacu
u inżyniera "
Przeprosił Irusię szjbko wstał z łóż-ka
ubrał się i usiadł przy oknie do gole- -
nia Irusia przekomarzała się z dziećmi
— półgłosem aby nie obudzić śpiącego
jeszcze Andrzejka Iza grymasiła płaczli-wie
domagając się kakao — Cicho
Izuniu cicho — perswadowała Irusia
— skąd ci wezmę jak nic ma?" — "Ja
chcę kakao — mazała się Iza — "Izu-niu
wstyd laka tlua dziewczyna a taka
beksa" — "ja nic chcę kakao o o-o- " —
nudziła nic przekonana
"Biedna — myślał o Irnsi goląc &ię
i nasłuchując odgłosów ix sobą — no
1 co teraz ze sobą zrobi? Precicż nic za-robi
tyle aby wyżyć z dwojgiem dzieci
Jedyne wyjście: znów do kogoś na utrzy-manie
Ech " — Cały czas nawracał
myślami do Jiusi — celowo Głuszył w
ten sposób w sobie Barbarę i odganiał
ten cały wieczór wczorajszy — i ten
wiatr — i "a nie kłam Bai barko " —
i wszystko Ciemną straszną zjawą wyła-niała
się przed nim Zuzanna ze snu
— "Prędzej do Wojtczaka — myślał
— jeżeli dowiem się ze wyjechała gdzieś
na dłużej pojadę do niej Wszystko jed-no
byle prędzej" Mignęło mii wspom-nienie
waniliowego smaku ust Barbary
Józef Mackiewicz
"ZWIĄZKOWIEC")
[Droga Donikąd
Wszystkie autorskie
stojąc w cieniu wielkiego
świerku widziała dokładnie jak wcho-dzili
i wychodzili czegoś ludzie z sielso-wlct- u
jak jeden enkagebista odlał się
na uboczu i zawrócił szeroko rozstawiając
nogi słyszała urywane głosy czyjś krót-ki
śmiech zapalanie papierosów trza-śniecie
drzwiczek w kabinie szofera i
całe to czysto męskie zachowanie Od-wróciła
głowę i spojrzała na czarnoziclo-n- y świerk który rósł nad nią prześwie-cając
czerwienią zachodu i pomyślawszy
że słońce zachodzi na wiatr cofnęła się
kilka kroków pod obwisłe gałęzie Stąd
w dalszym ciągu nic spuszczała wzroku
z ganeczku sielsowictu nie mając w gło-wic
żadnego planu ani konkretnego za
miaru sama nic zdając sobie sprawy" po
co tu stoi i na co właściwie czeka z ta
kim naprężeniem Dopiero gdy po schod
kach zszedł pierwszy Bożek za nim
trzech przybyłych później Drużko a na
samym Końcu Franciszek spod Lasu i
uformował się rodzaj pochodu który
wolno wyminął stojące im na drodze
auto zawahała się Był to rodzaj
wahania dosłowny podobny do ruchu
cienkiego drzewa które wiatr zakołysze
raz w jedną raz w przeciwną stronę
a więc Weronika zakołysała się lekko w
talii dostrzegła jeszcze jak Bożek rzu-cił
niedopałek papierosa i wtedy nagle
cicho się przesunęła wokół pnia i pobie-gła
co tchu na przełaj tyłami ogrodów
później przez lasek łapiąc i ściszając za
razem oddech wprost do domu Pawła
Gdyby mogła szeptać w tym biegu do
siebie samej byłyby to zapewne słowa
wypowiadane z wyrzutem: "Za późno za
późno Weronika!"
Tamci szli drogą Doświadczenie mó
wi bowiem ze wszelkie przekradanie się """" uuuitło amjl JiaiCilld jej JJOWa-g- C i budzi tylko niepotrzebna panikę
Gdy minęli kościółek plebanię i znacjo--
nanzowany pod "Dom Dziecka" dawny
dom Dawidowskiego stojący ciągle pu- stką z którego rozkradano stopniowo
drzwi i ramy okienne — gdy wyszli na
dużą drogę przy której w lesie mieszkał
Paweł ujrzeli jak im naprzeciw biegnie
jakaś kobieta z rozwianym włosem Byte
to Sowińska
— Zamordowali! Zamordowali!!! —
37
— "Ach no co ta Irusia zarobi jako
masznistka powiedzmy7 Grosze i w
najlepszym razie ministerialny depu-tat
A cóz to jest?" Myśli plątały mu
się wczorajszy alkohol jeszcze buzował
w głowic Ciemną zjawą wypływała Zu-zanna
Zaciął się boleśnie az syknął bo
oto w chrobocie za oknem i w szumie
nadlatującej znów wichury posłyszał na-gle
diabelskie okropne "passo dobie":
— "A nic kłam Barbarko a nie kłam
Barbarko " i metaliczny rozdzierający
piekielny kontralt
— Dokąd Basia poszła nie wie pani?
— odwrócił się do Irusi — "Tu nieda-leko
do krawcowej Powinna wrócić la-da
chwila "
Lada chwila! Skończjl golenie czym
prędzej aby wyjść przed jej powrotem
Okno zmroczniało znów zasnute śnie-- y
ca Irusia namawiała do zjedzenia śnia
dania Wypił szybko kubek kawy po-dziękował
wlozł płaszcz — "Niech pan
prcceka — doradzała Irusia — wi-dzi
pan jaki śnieg " — "Och to prze-leci
Wie pani: w marcu jak w garncu
A śpieszę się bardzo" — Spojrzał na
nią — "Bardzo pani mizernie dziś wy-gląda
— Bć może To ta wódka wczo-rajsza
Pizy moim sercu " — "A zawse
ostrzegam cię mamusiu nie pij wód-ki
— powiedział surowo Marek Mo-krzycki
uśmiechnął się mimo woli sły-szą- c
ten poważny opiekuńczy ton ośmio-letniego
chłopca — "Mój Bozc — po-myślał
— jak taki skrab wydoroślał
prcz Ic przejścia Dicci bez dzieciń
stwa! "
— O już Basia wraca Jej kroki —
powiedziała Irusia Istotnie Szybko wbie-gła
otrząsając śnieg z loków
— Już wychodzisz? — zapytała od
progu — Poczekaj chwilę Ty do Wojt-czaka
tak? Przejdę z tobą do placu Tyl-ko
lok poprawię zupełnie ml się na tym
śniegu rozfryzował Jedną minutę
— Dobrze — mruknął — ale ja
się bardzo śpieszę
— Ja też — powiedziała — juz jest
za kwadrans dziesiąta a Ewa
Urwała odwracając się do lustra Zro-zumiał:
przypomniała sobie to "passo do-bie"
Ach widział ją teraz na wylot na
prawa zastrzetont
Weronika
66 fol
vs
iii
:
M
191
M
— Kogo?
Sowińska dobiegła zdyszana: — Baćki
twego zamordowali! — wolała wprost do
Bożka i nie patrząc na innych
Bożek zbladł jak chusta
Było tak ze gdy Sowińska jak co
wieczór przyszła cło Bożków zastała
drzwi domu otwarte a na podwórku
zwrócił jej uwagę pies przy budzie któ-l- y
siedział nieruchomo na wyciągnię-tym
łańcuchu z naprężeniem węszył w
jednym kierunku i skomlił przy tym w
krótkich odstępach Od razu ją tknęło
że stać się musiało coś niedobrego Za-częła
szybko obchodzić całe gospodar-stwo
ale dopiero po dłuższych poszuki-waniach
zobaczyła trupa za stodołą
Wszystko co żyło dokoła gromadziło
się już przy tym który przestał zyć
Muchy duże i matowo czarne a także
mniejsze o metalicznym połysku obsiad-ły
oczy i krzepnącą we włosach krew
Rozpychając żdźbia zielonej trawy gra-molił
się z trudem jakiś zuk Do kąci-ków
ust lazły mrówki Trzy jaskółki ni-sko
latając tam i na powrót łapały mu-chy
Wróble na wystającej krokwi oma
wiały glosno zdarzenie przechylając łeb
ki Kury rozdziobały juz kawałki mózgu
W odległości pięćdziesięciu kroków na
samotnej wśród łąki brzózce przysiadła
wrona czekała cierpliwie obzierając się
na wszystkie strony nieufna podejrzli-wa
i zła zarazem na krzvk iaki wokół
niej wyczyniały szpaki których była
wrogiem słaba gałązka uginała się pod
jej tłustym ciężarem a ona wciąż jesz-cze
nie mogłs się zdecydować Tymcza-sem
słonce wchodziło już do rządowego
lasu zamykającego zachodni horyzont
Bożek usłyszawszy od Sowińskiej
straszną nowinę nie oglądając się na to-warzyszy
pobiegł wprost do swojej cha
ty Marszy w grupie zawahał się tylko
przez chwilę zabójstwo ojca sekretarza
sielsowietu było zdarzeniem bardzo po-ważnym
Uczynił tedy zdecydowany ruch
głową:
— Pójdziemy — powiedział krótko
i ruszyli za Bożkiem
Zastali go klęczącego wśród wymię
tej trawy z drgającymi w szlochu ple-- krzyczała z daleka Starszy erum- - nrzv-lca- mi pochylonego nad trupem
stanął zmarszczył brwi i spytał ostro: 1 — Papka! Papka! — przemawiał z
"IWIAtKOWIte MAJ (Mtyl 3rejg J5 — 760
wylot "Mistrzyni" — pomyślał corzko i
smutnie — Basiu Basiu co się z tobą
zrobiło9" Sam nie wiedział co go tak
du-- i' zal? Gorycz? Nienawiść? Smutek?
Poczuł się niewymownie źle i pusto
Szklany dziwny ciężki niezrozumiały
mur — Jeszcze trochę — pomyślał z
jakąś dzika absurdalną nadzieją — je-szcze
trochę byle prędzej z Zuzanna I
albo tak albo tak Znów wypływała groź-na
przeraźliwa zjawa Zuzanny ze snu
Odwrócił się od tego koszmaru ku Bar-barze
Pochylała się nad lusterkiem rur-kując
złocisty lekki lok Wczorajszy
znak pod uchem ściemniał i bł bardzo
wyraźny Odwrócił od niego oczy jak od
zjawy — No Basiu kończ już — przy-naglił
— Juz jestem gotowa Idziemy
Szybko zbiegli po schodch szjbko
przez podwórze Oboje każde po swoje- -
jmu ominęli wzrokiem miejsce gdzie stali
i wczoraj spleceni w uścisku Wjzli na
Marszałkowską i skręcili w kierunku pla-cu
Zbawiciela Śnieżny szkwał minął i
ulica zalana była oślepiającym młodzień-czym
marcowym słońcem Powietrze pa-chniało
rześką i cudowną świeżością
Mimo --woli zmrużył oczy oślepione wspa-niałym
blaskiem wiosny
Szli szybko nie mówiąc do siebie
Nie miał ochoty zaczynać jakiejkolwiek
rozmowy chociaż — przyszło mu na
myśl — czy nie lepiej by i nie prościej
było teraz wziąć ja pod rękę jak gdyby
nigdy nic i być bliżej być "bliżej w tym
wiosennym w tym czarodziejskim wio-sennym
słońcu? Lecz jakiś wewnętrzny
opór powstrzymał go od tego gestu
Na rogu Litewskiej wyminął ich lek-ko
powłócząc nogą jakiś jegomość w be-recie
Zauważył go kącikiem oka i po-znał:
ten sam z bródka którego widział
kiedyś u "Fuchsa" Wymijając ukłonił
się Barbarze ale jakoś niepewnie i po-dejrzanie
Nie odkłonila się — Znasz go?
Kto to jest? — zapytał — Pojęcia nic
mam Spotykam go często i zawsze mi
się jakoś mętnie kłania zdziwiony Mam
wrażenie że bierze mnie za kogoś inne-go
— A owszem to możliwe Widziałem
go kiedyś w towarzystwie osoby zdumie-wająco
podobnej do ciebie po prostu
twojego sobowtóra Widocznie myli mu
się — A pewnie pewnie Ale mówisz
c mam w Warszawie sobowtóra? Dziw-ne
Chciałabym go zobaczyć
Dochodzili już do placu — Ja do
tramwaju A ty? — Ja pj zejdę pieszo
do Hożej prędzej zajdę nie opłaci się je-chać
— No to cło widzenia
Zamierzał przejść przez jezdnię Przy-trzymała
go za rękaw — Józiu — powie-działa
szybko — to wczorajsze z tą Pra-gą
Ewa zrobiła ze mnie taką blagierkę
A przecież rozumiesz? to bły jej
żarty Rozumiesz? To takie rozhukane
stworzenie Podpiła sobie i
Czuł że chce mu zajrzeć v oczy i
wyminął jej spojrzenie — Daj spokój
cicha ostrożnie wstrząsając trupem za
ramię jakby go chciał obudzić
— Papka — Rękawem roztarl łzy
po twarzy ale nowe ciekły mu z oczu
— Za co? Za co? Powiedz za cożesz?
Papuśka — i zaczął płakać jak dziecko
Ludzie z NKGB postali milcząc Je-den
z nich dostrzegł pistolet nachylił
się i podnosząc mruknął:
— To chyba on sam jak widać Sam
ze sobą skończył
Z tyłu dochodzili zwlekając przewo-dniczący
sielsowietu szewc Drużko i
Franciszek spod Lasu
— Podnieść zwłoki i zanieść do cha-ty
— rozkazał starszy grupy
Weronika jeszcze stała na progu we
drzwiach domu Pawła gdy zauważyła
przez okno grupę ludzi na drodze Chcia-ła
coś krzyknąć ale w następnym mo-mencie
dostrzegła że ida nie tu a skie-rowali
się wyraźnie ścieżką w prawo
co mogło tylko oznaczać że poszli do
zagrody Bożków — "Wódkę im chyba
będzie stawiał czy co?" — przemknęło
jej przez głowę ale nie było nawet
czasu aby się podzielić tym nieważnym
szczegółem Bo nade wszystko na świe
cie ważnym w tej chwili bł fakt że
jeszcze nie za późno!
—- Poszli tam! — machnęła ręka —
Prędzej! — i chwyciła za kosz Paweł
nic wymówił słowa porwał z drugiej
strony i powlekli Marta przodem otwie-rając
drzwi na oścież Nikt nikogo o nic
nip pyta! błychac było wyłącznie ich
oddechy przyspieszone Dopiero na po-dwórzu
Marta zawołała półgłosem:
— Bozc! zapomniałam wiadra! — i
pobiegła do studni
Weronika pomogła władować kosz na
wóz Paweł nerwowo kiełzał konia sta
rając się nie patrzeć na drogę Marta
wracała juz z wiadrem
— Weronika — szepnął — Wero-nika
ja nigdy ja nigdy nie porzucę
swojej zony wiesz?
— A czy ja co mówię? — odszepnęła
ciągle tym samym zachrypłym jeszcze
głosem
Marta siadła na wóz Otwarli bramę
Wtedy Weronika zdecydowanym ruchem
podeszła od tyłu wskoczła" po żerdzi
wozu przekroczyła zadzierając spodni
cę powyżej kolan tylne siedzenie i siad
ła obok Marty Nikt nie powiedział sło
wa „MKt me oglądał się za domem Tyl-k- o już w bramie Paweł raptem wstny-ma- ł
konia zeskoczył podbiegł do drabi-ny
opartej o dach wbiegł po szczeblach
i przeginając się całym ciałem w bok
sięgnął pod trzecią dachówkę z lewa
Miał tam pistolet który mu kiedyś zo- stawił do przechowania Tadeusz a o u-kryc- iu którego nie powiedział nawet Mar-cie
— "Wrócił biesiem wpnrrinał en w
słomę pod nogami przedniego siedzenia
i chwycił lejce Ściemniało 'się Skręci
Basiu — powiedział i machnął ręką --- i
w żarcie czasem Za dużo tych żartów
Do widzenia"
Tramwaj już ruszał Przebiegł przez
jezdnię i wskoczył na stopień Z platfor-my
nucił z ukosa spojrzenie za siebie
Stała nieruchomo na skraju chodnika i
patrzyła mu w ślad — wiotka daleka
ł bardzo samotna
Chciał kiwnąć do niej na pożegna-nie
ręką lecz się powstrzymał Mignęły
mu usta Zuzanny ze snu
Długo błąkał się od pokoju do poko-ju
i od biurka do biurka w minister-stwie
szukając naczelnika Wojtczaka
Odbywał te pielgrzymki bez zdziwie-nia
ani zbytniej irytacji Te trzy tygod-nie
w Warszawie pouczyły go juz dosta-tecznie
o potrzebie sporej dozy cierpli
wości dla załatwienia jakiejkolwiek spra-wy
w urzędzie Praca jego u Kędzierskie-go
polegała na pilnowaniu przetargów
a więc musiał odbywać wiele wędrówek
z BOS-- u d-- o Magistratu do Ministerstwa
Odbudowy do rożnych urzędów i instytu-cji
Wszystko to zapełniało mu prawie
cały dzień Wszędzie ogonki kolejki po-czekalnie
wiecznie wypełnione wyczeku-jącymi
beznadziejnie interesantami Z
początku irytowało go to gdyż na każ-dym
kroku musiał staczać walki z wia
trakami ałe z biegiem dni przyzwyczaił
się juz do tego że planując sobie na za
łatwienie jakiejś błahostki kwadrans cza-su
— marnował na nią pól dnia Naczel-nik
którego godziny urzędowania były
od dziesiątej do dwunastej właśnie o
pól do jedenastej "był ale wyszedł na
konferencję mozc wróci po obiedzie"
Panienka biurowa która kazała mu zgło-sić
się nazajutrz po odpowiedź spotyka-ła
go zdziwiona i obrażona — po co przy-szedł
skoro sprawy jego nie załatwi
się prędzej jak za tydzień Woźny któ-remu
meldował się w pilnej sprawie do
dyrektora oświadczył opryskliwie że dy-rektor
jest bardzo zajęty — wtedy gdy
Mokrzycki przez uchylone drzwi widział
że dyrektor studiuje sobie "Szpilki" Na
ścianach pewnej instytucji wisiało "Sza-nuj
czas" "Załatw sprawę i żegnaj" —
a tymczasem siedziało się tu bite dwie
godziny w oczekiwaniu na decyzję wy-magającą
minuty gdyż urzędnicy byli za-aferowani
i przejęci rozdziałem "suche-go
prowiantu" i z nikim nie można było
rozmówić się przytomnie Papierki wę-drowały
z biurka na biurko z korytarza
na korytarz z piętra na piętro Pewna
zupełnie drobna sprawa zajęła mu kilka
dni czasu i kilkadziesiąt pięter wędrów-ki
gdyż pewien załącznik musiał z po-koju
202 przewędrować do pokoju 203
"drogą urzędową" a gdy wreszcie znie-cierpliwiony
zaofiarował się sam prze-nieść
ten papierek przez szerokość ko-rytarza
— spotkał się z awanturą ze
strony utlenionego wampira z toczonymi
jak u Wenuskolanami
li w piaszczystą dróżkę wzdłuż płotu
otaczającego ogród Weronika nasunęła
chustkę głęboko na oczy dla ukrycia
twarzy ale zerknęła w bok i zauważyła
szeptem:
— Tak późno i jeszcze kartofli nic
podorywali?
— Jeszcze nie — odparła Marta Pa-weł
kierował na drogę do widniejącego
w oddali zagajnika Koła chrzęściły po
piasku Koń sapał W tej chwili do uszu
ich doszło krótkie szczeknięcie i bezpo-średnio
potem długie wycie: i znowuż:
dwa szczeknięcia i długie wycie To pła-kał
pies przywiązany łańcuchem do bu-dy
Paweł przynaglił konia W oknach
najbliższych chat mignęły ciekawe twa-rze
usiłując w zapadłym zmroku roze-znać
jadących Chłodniejszy powiew wia-tru
pierwsza zapowiedź zbliżającej się
nocy przyniósł teraz wyraźniej od stro-ny
domu smutne zawodzenie psa Paweł
odwrócił się raptownie do Marty:
— Czyś ty nie zapomniała skrzynecz-ki
z tytoniem co stała na półce?
— Wzięłam
Zjechali z pochyłości wciąż po pia-sku
głuszącym turkot Dojechali do za-gajnika
skrył ich on ostatecznie z oczu
wsi Przejechana droga leżała za nimi
pusta Nikt nie gonił nikt nie wołał Na
wet daleka skarga psa rozpłynęła się ni
to w ciszy letniego wieczoru ni to w
dalekich poszczekiwaniach innych psów
Z zagajnika rozchodziły się drogi na
otwartą przestrzeń między pola zasiane
żytem Zatrzymali się więc aby dać zgę- stnieć mrokowi Po czym skręcili w le-wo
w kierunku rządowego lasu
Było już zupełnie ciemno Zapach
kwitnącego żyta kurzu i polnych ziół
pozostał w tyle Na zmianę pociągnęło
wilgocią mchu i upajającym odorem ży-wicy
Koła zaczęły podrzucać na nierów-nościach
korzeni trzeba było przejść
na stępa
Jechali już może z godzinę i w lesie
mrok stawał się coraz to bardziej
nieprzenikniony Nagle Paweł odczuł po-przez
lejce leżące na bokach końskich
charakterystyczne drżenie skóry i w tej-że
samej chwili usłyszał szelest kroków
przed sobą Zanim zdążył dostrzec w
ciemności kto idzie prosto %v oczy bły-snęło
mu światło ręcznej latarki zatrzy-mało
się na sekundę i zgasło — "Za-sadzka"!
— ledwo pomyślał i raptowna
fala rozpaczliwej determinacji uderzyła
mu do głowy i zaślepiła bardziej niż po-przedni
błysk latarki szczęki zacisnęły
się w skurczu aż do bólu błyskawicznie
przesunął bat do lewej ręk L nachy-lając
się prawą sięgnął do słomy gdzie
pod nogą wyczuwał pistolet Naprzeciw
zbliżyła się pojedyncza postać postuku-jąc
prętem po cholewach nikogo więcej
nie było wokół widać
t
IM
Polski Salon Piękności
MARIETTA HAIR STYLIST
2104 Dundas St W LE 2-31-
58
(koło RoncestaUes!
Spcjilti4Ca — malowanie utle-nianie
ondulacja itp
41-4- 3
LgPg
sy
BÓLOWI W KRZYŻACH
można zapobiec
Ból w krzjzach często jest powo-dowany
ospałą pracą nerek Gdy
nerki przestają działać normalnie
nadmiar kuasow 1 ujdalin pozo-staje
organizmie Wtedy właśnie
może przjśc ból w krzyżach uczu-cie
zmęczenia ociężałość lub przer-wanie
spoczynku To jest pora aby zażć Dleułki Dodd'a (Dodd's Kldnby
Pills) Pigułki te przjwracają nor
malne funkcjonowanie nereK wów-czas
poczujecie się lepiej — będzie
cle lepiej spali — lepiej pracowali
Zaopatrzcie sle w pigułki Dodri'
(Dodd's Kldnej Pills) juz teraz 42 Cr
POCZĄTEK pQ 2 „h I
THE
JOCKEY CLUB Ltd
Wstęp $100
(z podat)
Trybuny $2 50
(z podat)
Bezpłatne
parkowanie Informacje:
OX 8-31-
31
39 40 42
Ontaryjskie
Ubezpieczenie
Szpitalne
CZAS PŁACIĆ
SKŁADKI?
— bądź nadal
ubezpieczony!
Płać składki icsularnie
Nic ryzykuj Terminowe
płacenie sUddck ubez-pieczeniowych
gwarantu-je
Ci opieKe w przysz- łości Któregoś dnia mo-że
się to okazać błogo-sławieństwem
TRZECZYTAJ
PRZEWODNIK
ONTARYJSK1EGO
UBEZPIECZENIA
SZPITALNEGO —
jeżeli nic masz poproś
pracodawcę lub napisz
do:
ONTARIO
HOSPITAL
SERVICES
COMMISSION
%?$ I
TORONTO 7 ONTARIO
42
Pismo nie Nlko należy czytać trzeba go takie prenumerować
SHAD0W UkTniT
od Toronto _ wYeJS?' B
KĄPIELE £jr"- - : si&sTfttfew
_ ' ""lot
-- ~—r~m mniu —m w35scmhóud HighwaTil uunk?_ Jn do Ballantree — na wictJK
n przeciwko CeA?6? 'W Musulmins Lk "
WsteD 7—a „(„u łlw11"
ADWOKACI 1 HjTAJBj
CM BIELSKI ba bcl
ADWOKAT I NOTARIUSZ'
PrzyjęcieBoacroddzoiefnTnriąed -nu-s- "
11 Adelaide Sr Wł (Przy Yonge st)
Toronto — EM 2-12-
5]
telefoniczni poES
E- - H HVc!łĄ-- llb
i R SMELA BALLI
POLSCY ADWOKACI '
BWlanspeyólniPcaystefrinrmaky aŁdułockkackli Eaglelson Ł wiJ '"'
5ZBLOORSTWrofyBayWAm)
nicznjm porozumieniem jj
STEFAN
MALICKI LU
ADWOKAT OBROŃCA
I NOTARIUSZ
Biuro tel: AT 90301
W soboty i po godz 6:
91 Rumsey Rd ToronU
tel HU 14361
JAN L Z GÓRA
ADWOKAT - OBROŃCA
NOTARIUSZ
Teł Biura: LE 312U
1479 Guccn St W - Torjnti
U
GE0RGE BEN Bi
ADWOKAT I NOTARIUSZ
Mówi po polsku
1147 Dundas St W Torwilt
Tel LE 4-84-
31 1 LE 444)1
G HEIFETZ BA
ADWOKAT
S HEIFETZ
NOTARIUSZ
33 Wellington St W„ Toronta
EM 4-44-
31 wlecionml WA Wi
OKULIŚCI
Okulistki
Br BUKOWSKA BEJNAR CD
274 Roncesvlle$ Ayi
(przy Geoffrcy)
Tel LE 25493
Godziny przyjęć: codziennie od 1J
rano do 8 wlecz w soboly: M
do 4 wlecz „
DENTYŚCI
Dr Władysława
SADAUSKAS
LEKARZ DENTYSTA
(drugi dom od RoncestallM)
Przyjmuje za uprzednim W
"nicznym porozumieniem
Telefon LE MJ50
129 Grenadier Rd s
Dr S D BRIGEL
LEKARZ DENTYSTA
CHIRURG - STOMAT0L0S
Spccjalist chorób limy
Phjslclans & Sur&cons' Biiim
Kancelaria No 20--- 86
Bloor St W - Jem
Telefon WA 2-00-
56 f
Dr M LUCYK
DENTYSTA
2092 Dundas St W TerM1'
Tel RO 9-4- 82 jW
Dr E WACHHI
DENTYSTA
Godziny: 10- -12 i -
386 Bathurst St EM UJ
Jan Alexandrowicz — Notary Public
Pomoc w spraPwOaLchSKrIoEdziBnnIUycRhO sIpNaFdOkoRwMycAhCYJi NEmajatto7L f
Polsce — Kontrakty i inne dokumenty Imigracja InconK
Tłumaczenia a Toronto Ont 618-- A Queen St Wił TsL EM „„
DOMINION TRAYEL OFFICE
55 Włllington West — Toronto — Ttl E
S HEIFETZ NOTARY PUBLIC
Załatwiamy sprawnie i solidnie: Sprowadzanie kre&iid do na stałe lub wizjtf — Wizy do Polski w 10 dni — #q USA na stałe lub wizvte _ Sprawy majątkowe w Yftj darowizny pełnomocnictwa małżeństwa przez e5v TTtrttf-Gwarantowan- a nr7płt nicniPiiTir i --narwŁ- do Polski I
Tłlnunni n_i :!_ ILtrh f!aVumntoW
— r~wMia „wOIIDIIIV TTA1VI — w"
Bezpłatna informacja listownie osobiście i telefonuj
W
H
A
U
Object Description
| Rating | |
| Title | Zwilazkowiec Alliancer, May 25, 1960 |
| Language | pl |
| Subject | Poland -- Newspapers; Newspapers -- Poland; Polish Canadians Newspapers |
| Date | 1960-05-25 |
| Type | application/pdf |
| Format | text |
| Identifier | ZwilaD2000411 |
Description
| Title | 000181a |
| OCR text | ¥ Kt £--J 3 63K A ł i4S Brł<?': ii1:: 3 r Ffc F n-4- j K-SaK-Ł- T f ITJL 4 Jerzy Seweryn Bkałrabmaireasz! (COPYRIGHT BY IV Gdy obudził się Barbary ju nic było Nie bło i Kowalczyka Irusia krzą-tała się przy kuchni gotowała kawę dla dzieci zmywała naczynia po wczorajszej kolacji Przez chwilę obserwował ją przez zmrużone powieki: wyglądała bardzo go-spodarnie we wzorzystym szlafroczku przepasanym fartuszkiem: mały duch do-mowego ogniska Gładkie uczesanie na-dawało jej tak przedziwnie młody wy-gląd że Iza siedząca w podobnym szla froczku na Józku wyglądała na jej młod-szą siostrę Za oknem szumiał wiatr i raz po raz nadlatywały krótkie śnieżne nawałnice Okno mroczniało w pokoju stawało się ciemniej z popielnika buchał gryzący dym napełniając pokój ckliwym czadem Irusia uchlała drzwi na chwilę i wtedy z klatki schodowej ciągnęło wilgotną ciężką stęchlizna Iza i Marek kulili się na łóżku zsiniali i smutni — "Biedaki" — pomyślał Mokrjcki — po lm pałacu u inżyniera " Przeprosił Irusię szjbko wstał z łóż-ka ubrał się i usiadł przy oknie do gole- - nia Irusia przekomarzała się z dziećmi — półgłosem aby nie obudzić śpiącego jeszcze Andrzejka Iza grymasiła płaczli-wie domagając się kakao — Cicho Izuniu cicho — perswadowała Irusia — skąd ci wezmę jak nic ma?" — "Ja chcę kakao — mazała się Iza — "Izu-niu wstyd laka tlua dziewczyna a taka beksa" — "ja nic chcę kakao o o-o- " — nudziła nic przekonana "Biedna — myślał o Irnsi goląc &ię i nasłuchując odgłosów ix sobą — no 1 co teraz ze sobą zrobi? Precicż nic za-robi tyle aby wyżyć z dwojgiem dzieci Jedyne wyjście: znów do kogoś na utrzy-manie Ech " — Cały czas nawracał myślami do Jiusi — celowo Głuszył w ten sposób w sobie Barbarę i odganiał ten cały wieczór wczorajszy — i ten wiatr — i "a nie kłam Bai barko " — i wszystko Ciemną straszną zjawą wyła-niała się przed nim Zuzanna ze snu — "Prędzej do Wojtczaka — myślał — jeżeli dowiem się ze wyjechała gdzieś na dłużej pojadę do niej Wszystko jed-no byle prędzej" Mignęło mii wspom-nienie waniliowego smaku ust Barbary Józef Mackiewicz "ZWIĄZKOWIEC") [Droga Donikąd Wszystkie autorskie stojąc w cieniu wielkiego świerku widziała dokładnie jak wcho-dzili i wychodzili czegoś ludzie z sielso-wlct- u jak jeden enkagebista odlał się na uboczu i zawrócił szeroko rozstawiając nogi słyszała urywane głosy czyjś krót-ki śmiech zapalanie papierosów trza-śniecie drzwiczek w kabinie szofera i całe to czysto męskie zachowanie Od-wróciła głowę i spojrzała na czarnoziclo-n- y świerk który rósł nad nią prześwie-cając czerwienią zachodu i pomyślawszy że słońce zachodzi na wiatr cofnęła się kilka kroków pod obwisłe gałęzie Stąd w dalszym ciągu nic spuszczała wzroku z ganeczku sielsowictu nie mając w gło-wic żadnego planu ani konkretnego za miaru sama nic zdając sobie sprawy" po co tu stoi i na co właściwie czeka z ta kim naprężeniem Dopiero gdy po schod kach zszedł pierwszy Bożek za nim trzech przybyłych później Drużko a na samym Końcu Franciszek spod Lasu i uformował się rodzaj pochodu który wolno wyminął stojące im na drodze auto zawahała się Był to rodzaj wahania dosłowny podobny do ruchu cienkiego drzewa które wiatr zakołysze raz w jedną raz w przeciwną stronę a więc Weronika zakołysała się lekko w talii dostrzegła jeszcze jak Bożek rzu-cił niedopałek papierosa i wtedy nagle cicho się przesunęła wokół pnia i pobie-gła co tchu na przełaj tyłami ogrodów później przez lasek łapiąc i ściszając za razem oddech wprost do domu Pawła Gdyby mogła szeptać w tym biegu do siebie samej byłyby to zapewne słowa wypowiadane z wyrzutem: "Za późno za późno Weronika!" Tamci szli drogą Doświadczenie mó wi bowiem ze wszelkie przekradanie się """" uuuitło amjl JiaiCilld jej JJOWa-g- C i budzi tylko niepotrzebna panikę Gdy minęli kościółek plebanię i znacjo-- nanzowany pod "Dom Dziecka" dawny dom Dawidowskiego stojący ciągle pu- stką z którego rozkradano stopniowo drzwi i ramy okienne — gdy wyszli na dużą drogę przy której w lesie mieszkał Paweł ujrzeli jak im naprzeciw biegnie jakaś kobieta z rozwianym włosem Byte to Sowińska — Zamordowali! Zamordowali!!! — 37 — "Ach no co ta Irusia zarobi jako masznistka powiedzmy7 Grosze i w najlepszym razie ministerialny depu-tat A cóz to jest?" Myśli plątały mu się wczorajszy alkohol jeszcze buzował w głowic Ciemną zjawą wypływała Zu-zanna Zaciął się boleśnie az syknął bo oto w chrobocie za oknem i w szumie nadlatującej znów wichury posłyszał na-gle diabelskie okropne "passo dobie": — "A nic kłam Barbarko a nie kłam Barbarko " i metaliczny rozdzierający piekielny kontralt — Dokąd Basia poszła nie wie pani? — odwrócił się do Irusi — "Tu nieda-leko do krawcowej Powinna wrócić la-da chwila " Lada chwila! Skończjl golenie czym prędzej aby wyjść przed jej powrotem Okno zmroczniało znów zasnute śnie-- y ca Irusia namawiała do zjedzenia śnia dania Wypił szybko kubek kawy po-dziękował wlozł płaszcz — "Niech pan prcceka — doradzała Irusia — wi-dzi pan jaki śnieg " — "Och to prze-leci Wie pani: w marcu jak w garncu A śpieszę się bardzo" — Spojrzał na nią — "Bardzo pani mizernie dziś wy-gląda — Bć może To ta wódka wczo-rajsza Pizy moim sercu " — "A zawse ostrzegam cię mamusiu nie pij wód-ki — powiedział surowo Marek Mo-krzycki uśmiechnął się mimo woli sły-szą- c ten poważny opiekuńczy ton ośmio-letniego chłopca — "Mój Bozc — po-myślał — jak taki skrab wydoroślał prcz Ic przejścia Dicci bez dzieciń stwa! " — O już Basia wraca Jej kroki — powiedziała Irusia Istotnie Szybko wbie-gła otrząsając śnieg z loków — Już wychodzisz? — zapytała od progu — Poczekaj chwilę Ty do Wojt-czaka tak? Przejdę z tobą do placu Tyl-ko lok poprawię zupełnie ml się na tym śniegu rozfryzował Jedną minutę — Dobrze — mruknął — ale ja się bardzo śpieszę — Ja też — powiedziała — juz jest za kwadrans dziesiąta a Ewa Urwała odwracając się do lustra Zro-zumiał: przypomniała sobie to "passo do-bie" Ach widział ją teraz na wylot na prawa zastrzetont Weronika 66 fol vs iii : M 191 M — Kogo? Sowińska dobiegła zdyszana: — Baćki twego zamordowali! — wolała wprost do Bożka i nie patrząc na innych Bożek zbladł jak chusta Było tak ze gdy Sowińska jak co wieczór przyszła cło Bożków zastała drzwi domu otwarte a na podwórku zwrócił jej uwagę pies przy budzie któ-l- y siedział nieruchomo na wyciągnię-tym łańcuchu z naprężeniem węszył w jednym kierunku i skomlił przy tym w krótkich odstępach Od razu ją tknęło że stać się musiało coś niedobrego Za-częła szybko obchodzić całe gospodar-stwo ale dopiero po dłuższych poszuki-waniach zobaczyła trupa za stodołą Wszystko co żyło dokoła gromadziło się już przy tym który przestał zyć Muchy duże i matowo czarne a także mniejsze o metalicznym połysku obsiad-ły oczy i krzepnącą we włosach krew Rozpychając żdźbia zielonej trawy gra-molił się z trudem jakiś zuk Do kąci-ków ust lazły mrówki Trzy jaskółki ni-sko latając tam i na powrót łapały mu-chy Wróble na wystającej krokwi oma wiały glosno zdarzenie przechylając łeb ki Kury rozdziobały juz kawałki mózgu W odległości pięćdziesięciu kroków na samotnej wśród łąki brzózce przysiadła wrona czekała cierpliwie obzierając się na wszystkie strony nieufna podejrzli-wa i zła zarazem na krzvk iaki wokół niej wyczyniały szpaki których była wrogiem słaba gałązka uginała się pod jej tłustym ciężarem a ona wciąż jesz-cze nie mogłs się zdecydować Tymcza-sem słonce wchodziło już do rządowego lasu zamykającego zachodni horyzont Bożek usłyszawszy od Sowińskiej straszną nowinę nie oglądając się na to-warzyszy pobiegł wprost do swojej cha ty Marszy w grupie zawahał się tylko przez chwilę zabójstwo ojca sekretarza sielsowietu było zdarzeniem bardzo po-ważnym Uczynił tedy zdecydowany ruch głową: — Pójdziemy — powiedział krótko i ruszyli za Bożkiem Zastali go klęczącego wśród wymię tej trawy z drgającymi w szlochu ple-- krzyczała z daleka Starszy erum- - nrzv-lca- mi pochylonego nad trupem stanął zmarszczył brwi i spytał ostro: 1 — Papka! Papka! — przemawiał z "IWIAtKOWIte MAJ (Mtyl 3rejg J5 — 760 wylot "Mistrzyni" — pomyślał corzko i smutnie — Basiu Basiu co się z tobą zrobiło9" Sam nie wiedział co go tak du-- i' zal? Gorycz? Nienawiść? Smutek? Poczuł się niewymownie źle i pusto Szklany dziwny ciężki niezrozumiały mur — Jeszcze trochę — pomyślał z jakąś dzika absurdalną nadzieją — je-szcze trochę byle prędzej z Zuzanna I albo tak albo tak Znów wypływała groź-na przeraźliwa zjawa Zuzanny ze snu Odwrócił się od tego koszmaru ku Bar-barze Pochylała się nad lusterkiem rur-kując złocisty lekki lok Wczorajszy znak pod uchem ściemniał i bł bardzo wyraźny Odwrócił od niego oczy jak od zjawy — No Basiu kończ już — przy-naglił — Juz jestem gotowa Idziemy Szybko zbiegli po schodch szjbko przez podwórze Oboje każde po swoje- - jmu ominęli wzrokiem miejsce gdzie stali i wczoraj spleceni w uścisku Wjzli na Marszałkowską i skręcili w kierunku pla-cu Zbawiciela Śnieżny szkwał minął i ulica zalana była oślepiającym młodzień-czym marcowym słońcem Powietrze pa-chniało rześką i cudowną świeżością Mimo --woli zmrużył oczy oślepione wspa-niałym blaskiem wiosny Szli szybko nie mówiąc do siebie Nie miał ochoty zaczynać jakiejkolwiek rozmowy chociaż — przyszło mu na myśl — czy nie lepiej by i nie prościej było teraz wziąć ja pod rękę jak gdyby nigdy nic i być bliżej być "bliżej w tym wiosennym w tym czarodziejskim wio-sennym słońcu? Lecz jakiś wewnętrzny opór powstrzymał go od tego gestu Na rogu Litewskiej wyminął ich lek-ko powłócząc nogą jakiś jegomość w be-recie Zauważył go kącikiem oka i po-znał: ten sam z bródka którego widział kiedyś u "Fuchsa" Wymijając ukłonił się Barbarze ale jakoś niepewnie i po-dejrzanie Nie odkłonila się — Znasz go? Kto to jest? — zapytał — Pojęcia nic mam Spotykam go często i zawsze mi się jakoś mętnie kłania zdziwiony Mam wrażenie że bierze mnie za kogoś inne-go — A owszem to możliwe Widziałem go kiedyś w towarzystwie osoby zdumie-wająco podobnej do ciebie po prostu twojego sobowtóra Widocznie myli mu się — A pewnie pewnie Ale mówisz c mam w Warszawie sobowtóra? Dziw-ne Chciałabym go zobaczyć Dochodzili już do placu — Ja do tramwaju A ty? — Ja pj zejdę pieszo do Hożej prędzej zajdę nie opłaci się je-chać — No to cło widzenia Zamierzał przejść przez jezdnię Przy-trzymała go za rękaw — Józiu — powie-działa szybko — to wczorajsze z tą Pra-gą Ewa zrobiła ze mnie taką blagierkę A przecież rozumiesz? to bły jej żarty Rozumiesz? To takie rozhukane stworzenie Podpiła sobie i Czuł że chce mu zajrzeć v oczy i wyminął jej spojrzenie — Daj spokój cicha ostrożnie wstrząsając trupem za ramię jakby go chciał obudzić — Papka — Rękawem roztarl łzy po twarzy ale nowe ciekły mu z oczu — Za co? Za co? Powiedz za cożesz? Papuśka — i zaczął płakać jak dziecko Ludzie z NKGB postali milcząc Je-den z nich dostrzegł pistolet nachylił się i podnosząc mruknął: — To chyba on sam jak widać Sam ze sobą skończył Z tyłu dochodzili zwlekając przewo-dniczący sielsowietu szewc Drużko i Franciszek spod Lasu — Podnieść zwłoki i zanieść do cha-ty — rozkazał starszy grupy Weronika jeszcze stała na progu we drzwiach domu Pawła gdy zauważyła przez okno grupę ludzi na drodze Chcia-ła coś krzyknąć ale w następnym mo-mencie dostrzegła że ida nie tu a skie-rowali się wyraźnie ścieżką w prawo co mogło tylko oznaczać że poszli do zagrody Bożków — "Wódkę im chyba będzie stawiał czy co?" — przemknęło jej przez głowę ale nie było nawet czasu aby się podzielić tym nieważnym szczegółem Bo nade wszystko na świe cie ważnym w tej chwili bł fakt że jeszcze nie za późno! —- Poszli tam! — machnęła ręka — Prędzej! — i chwyciła za kosz Paweł nic wymówił słowa porwał z drugiej strony i powlekli Marta przodem otwie-rając drzwi na oścież Nikt nikogo o nic nip pyta! błychac było wyłącznie ich oddechy przyspieszone Dopiero na po-dwórzu Marta zawołała półgłosem: — Bozc! zapomniałam wiadra! — i pobiegła do studni Weronika pomogła władować kosz na wóz Paweł nerwowo kiełzał konia sta rając się nie patrzeć na drogę Marta wracała juz z wiadrem — Weronika — szepnął — Wero-nika ja nigdy ja nigdy nie porzucę swojej zony wiesz? — A czy ja co mówię? — odszepnęła ciągle tym samym zachrypłym jeszcze głosem Marta siadła na wóz Otwarli bramę Wtedy Weronika zdecydowanym ruchem podeszła od tyłu wskoczła" po żerdzi wozu przekroczyła zadzierając spodni cę powyżej kolan tylne siedzenie i siad ła obok Marty Nikt nie powiedział sło wa „MKt me oglądał się za domem Tyl-k- o już w bramie Paweł raptem wstny-ma- ł konia zeskoczył podbiegł do drabi-ny opartej o dach wbiegł po szczeblach i przeginając się całym ciałem w bok sięgnął pod trzecią dachówkę z lewa Miał tam pistolet który mu kiedyś zo- stawił do przechowania Tadeusz a o u-kryc- iu którego nie powiedział nawet Mar-cie — "Wrócił biesiem wpnrrinał en w słomę pod nogami przedniego siedzenia i chwycił lejce Ściemniało 'się Skręci Basiu — powiedział i machnął ręką --- i w żarcie czasem Za dużo tych żartów Do widzenia" Tramwaj już ruszał Przebiegł przez jezdnię i wskoczył na stopień Z platfor-my nucił z ukosa spojrzenie za siebie Stała nieruchomo na skraju chodnika i patrzyła mu w ślad — wiotka daleka ł bardzo samotna Chciał kiwnąć do niej na pożegna-nie ręką lecz się powstrzymał Mignęły mu usta Zuzanny ze snu Długo błąkał się od pokoju do poko-ju i od biurka do biurka w minister-stwie szukając naczelnika Wojtczaka Odbywał te pielgrzymki bez zdziwie-nia ani zbytniej irytacji Te trzy tygod-nie w Warszawie pouczyły go juz dosta-tecznie o potrzebie sporej dozy cierpli wości dla załatwienia jakiejkolwiek spra-wy w urzędzie Praca jego u Kędzierskie-go polegała na pilnowaniu przetargów a więc musiał odbywać wiele wędrówek z BOS-- u d-- o Magistratu do Ministerstwa Odbudowy do rożnych urzędów i instytu-cji Wszystko to zapełniało mu prawie cały dzień Wszędzie ogonki kolejki po-czekalnie wiecznie wypełnione wyczeku-jącymi beznadziejnie interesantami Z początku irytowało go to gdyż na każ-dym kroku musiał staczać walki z wia trakami ałe z biegiem dni przyzwyczaił się juz do tego że planując sobie na za łatwienie jakiejś błahostki kwadrans cza-su — marnował na nią pól dnia Naczel-nik którego godziny urzędowania były od dziesiątej do dwunastej właśnie o pól do jedenastej "był ale wyszedł na konferencję mozc wróci po obiedzie" Panienka biurowa która kazała mu zgło-sić się nazajutrz po odpowiedź spotyka-ła go zdziwiona i obrażona — po co przy-szedł skoro sprawy jego nie załatwi się prędzej jak za tydzień Woźny któ-remu meldował się w pilnej sprawie do dyrektora oświadczył opryskliwie że dy-rektor jest bardzo zajęty — wtedy gdy Mokrzycki przez uchylone drzwi widział że dyrektor studiuje sobie "Szpilki" Na ścianach pewnej instytucji wisiało "Sza-nuj czas" "Załatw sprawę i żegnaj" — a tymczasem siedziało się tu bite dwie godziny w oczekiwaniu na decyzję wy-magającą minuty gdyż urzędnicy byli za-aferowani i przejęci rozdziałem "suche-go prowiantu" i z nikim nie można było rozmówić się przytomnie Papierki wę-drowały z biurka na biurko z korytarza na korytarz z piętra na piętro Pewna zupełnie drobna sprawa zajęła mu kilka dni czasu i kilkadziesiąt pięter wędrów-ki gdyż pewien załącznik musiał z po-koju 202 przewędrować do pokoju 203 "drogą urzędową" a gdy wreszcie znie-cierpliwiony zaofiarował się sam prze-nieść ten papierek przez szerokość ko-rytarza — spotkał się z awanturą ze strony utlenionego wampira z toczonymi jak u Wenuskolanami li w piaszczystą dróżkę wzdłuż płotu otaczającego ogród Weronika nasunęła chustkę głęboko na oczy dla ukrycia twarzy ale zerknęła w bok i zauważyła szeptem: — Tak późno i jeszcze kartofli nic podorywali? — Jeszcze nie — odparła Marta Pa-weł kierował na drogę do widniejącego w oddali zagajnika Koła chrzęściły po piasku Koń sapał W tej chwili do uszu ich doszło krótkie szczeknięcie i bezpo-średnio potem długie wycie: i znowuż: dwa szczeknięcia i długie wycie To pła-kał pies przywiązany łańcuchem do bu-dy Paweł przynaglił konia W oknach najbliższych chat mignęły ciekawe twa-rze usiłując w zapadłym zmroku roze-znać jadących Chłodniejszy powiew wia-tru pierwsza zapowiedź zbliżającej się nocy przyniósł teraz wyraźniej od stro-ny domu smutne zawodzenie psa Paweł odwrócił się raptownie do Marty: — Czyś ty nie zapomniała skrzynecz-ki z tytoniem co stała na półce? — Wzięłam Zjechali z pochyłości wciąż po pia-sku głuszącym turkot Dojechali do za-gajnika skrył ich on ostatecznie z oczu wsi Przejechana droga leżała za nimi pusta Nikt nie gonił nikt nie wołał Na wet daleka skarga psa rozpłynęła się ni to w ciszy letniego wieczoru ni to w dalekich poszczekiwaniach innych psów Z zagajnika rozchodziły się drogi na otwartą przestrzeń między pola zasiane żytem Zatrzymali się więc aby dać zgę- stnieć mrokowi Po czym skręcili w le-wo w kierunku rządowego lasu Było już zupełnie ciemno Zapach kwitnącego żyta kurzu i polnych ziół pozostał w tyle Na zmianę pociągnęło wilgocią mchu i upajającym odorem ży-wicy Koła zaczęły podrzucać na nierów-nościach korzeni trzeba było przejść na stępa Jechali już może z godzinę i w lesie mrok stawał się coraz to bardziej nieprzenikniony Nagle Paweł odczuł po-przez lejce leżące na bokach końskich charakterystyczne drżenie skóry i w tej-że samej chwili usłyszał szelest kroków przed sobą Zanim zdążył dostrzec w ciemności kto idzie prosto %v oczy bły-snęło mu światło ręcznej latarki zatrzy-mało się na sekundę i zgasło — "Za-sadzka"! — ledwo pomyślał i raptowna fala rozpaczliwej determinacji uderzyła mu do głowy i zaślepiła bardziej niż po-przedni błysk latarki szczęki zacisnęły się w skurczu aż do bólu błyskawicznie przesunął bat do lewej ręk L nachy-lając się prawą sięgnął do słomy gdzie pod nogą wyczuwał pistolet Naprzeciw zbliżyła się pojedyncza postać postuku-jąc prętem po cholewach nikogo więcej nie było wokół widać t IM Polski Salon Piękności MARIETTA HAIR STYLIST 2104 Dundas St W LE 2-31- 58 (koło RoncestaUes! Spcjilti4Ca — malowanie utle-nianie ondulacja itp 41-4- 3 LgPg sy BÓLOWI W KRZYŻACH można zapobiec Ból w krzjzach często jest powo-dowany ospałą pracą nerek Gdy nerki przestają działać normalnie nadmiar kuasow 1 ujdalin pozo-staje organizmie Wtedy właśnie może przjśc ból w krzyżach uczu-cie zmęczenia ociężałość lub przer-wanie spoczynku To jest pora aby zażć Dleułki Dodd'a (Dodd's Kldnby Pills) Pigułki te przjwracają nor malne funkcjonowanie nereK wów-czas poczujecie się lepiej — będzie cle lepiej spali — lepiej pracowali Zaopatrzcie sle w pigułki Dodri' (Dodd's Kldnej Pills) juz teraz 42 Cr POCZĄTEK pQ 2 „h I THE JOCKEY CLUB Ltd Wstęp $100 (z podat) Trybuny $2 50 (z podat) Bezpłatne parkowanie Informacje: OX 8-31- 31 39 40 42 Ontaryjskie Ubezpieczenie Szpitalne CZAS PŁACIĆ SKŁADKI? — bądź nadal ubezpieczony! Płać składki icsularnie Nic ryzykuj Terminowe płacenie sUddck ubez-pieczeniowych gwarantu-je Ci opieKe w przysz- łości Któregoś dnia mo-że się to okazać błogo-sławieństwem TRZECZYTAJ PRZEWODNIK ONTARYJSK1EGO UBEZPIECZENIA SZPITALNEGO — jeżeli nic masz poproś pracodawcę lub napisz do: ONTARIO HOSPITAL SERVICES COMMISSION %?$ I TORONTO 7 ONTARIO 42 Pismo nie Nlko należy czytać trzeba go takie prenumerować SHAD0W UkTniT od Toronto _ wYeJS?' B KĄPIELE £jr"- - : si&sTfttfew _ ' ""lot -- ~—r~m mniu —m w35scmhóud HighwaTil uunk?_ Jn do Ballantree — na wictJK n przeciwko CeA?6? 'W Musulmins Lk " WsteD 7—a „(„u łlw11" ADWOKACI 1 HjTAJBj CM BIELSKI ba bcl ADWOKAT I NOTARIUSZ' PrzyjęcieBoacroddzoiefnTnriąed -nu-s- " 11 Adelaide Sr Wł (Przy Yonge st) Toronto — EM 2-12- 5] telefoniczni poES E- - H HVc!łĄ-- llb i R SMELA BALLI POLSCY ADWOKACI ' BWlanspeyólniPcaystefrinrmaky aŁdułockkackli Eaglelson Ł wiJ '"' 5ZBLOORSTWrofyBayWAm) nicznjm porozumieniem jj STEFAN MALICKI LU ADWOKAT OBROŃCA I NOTARIUSZ Biuro tel: AT 90301 W soboty i po godz 6: 91 Rumsey Rd ToronU tel HU 14361 JAN L Z GÓRA ADWOKAT - OBROŃCA NOTARIUSZ Teł Biura: LE 312U 1479 Guccn St W - Torjnti U GE0RGE BEN Bi ADWOKAT I NOTARIUSZ Mówi po polsku 1147 Dundas St W Torwilt Tel LE 4-84- 31 1 LE 444)1 G HEIFETZ BA ADWOKAT S HEIFETZ NOTARIUSZ 33 Wellington St W„ Toronta EM 4-44- 31 wlecionml WA Wi OKULIŚCI Okulistki Br BUKOWSKA BEJNAR CD 274 Roncesvlle$ Ayi (przy Geoffrcy) Tel LE 25493 Godziny przyjęć: codziennie od 1J rano do 8 wlecz w soboly: M do 4 wlecz „ DENTYŚCI Dr Władysława SADAUSKAS LEKARZ DENTYSTA (drugi dom od RoncestallM) Przyjmuje za uprzednim W "nicznym porozumieniem Telefon LE MJ50 129 Grenadier Rd s Dr S D BRIGEL LEKARZ DENTYSTA CHIRURG - STOMAT0L0S Spccjalist chorób limy Phjslclans & Sur&cons' Biiim Kancelaria No 20--- 86 Bloor St W - Jem Telefon WA 2-00- 56 f Dr M LUCYK DENTYSTA 2092 Dundas St W TerM1' Tel RO 9-4- 82 jW Dr E WACHHI DENTYSTA Godziny: 10- -12 i - 386 Bathurst St EM UJ Jan Alexandrowicz — Notary Public Pomoc w spraPwOaLchSKrIoEdziBnnIUycRhO sIpNaFdOkoRwMycAhCYJi NEmajatto7L f Polsce — Kontrakty i inne dokumenty Imigracja InconK Tłumaczenia a Toronto Ont 618-- A Queen St Wił TsL EM „„ DOMINION TRAYEL OFFICE 55 Włllington West — Toronto — Ttl E S HEIFETZ NOTARY PUBLIC Załatwiamy sprawnie i solidnie: Sprowadzanie kre&iid do na stałe lub wizjtf — Wizy do Polski w 10 dni — #q USA na stałe lub wizvte _ Sprawy majątkowe w Yftj darowizny pełnomocnictwa małżeństwa przez e5v TTtrttf-Gwarantowan- a nr7płt nicniPiiTir i --narwŁ- do Polski I Tłlnunni n_i :!_ ILtrh f!aVumntoW — r~wMia „wOIIDIIIV TTA1VI — w" Bezpłatna informacja listownie osobiście i telefonuj W H A U |
Tags
Comments
Post a Comment for 000181a
