000065b |
Previous | 7 of 8 | Next |
|
small (250x250 max)
medium (500x500 max)
Large
Extra Large
large ( > 500x500)
Full Resolution
|
This page
All
|
m
TT" --tj- "-- f- -'
-- " V v -- % — IfTT-- — „— „„ąppg
"€51
s 'V
sm11VIelMiĄIWvfi X
u ZWIĄZKOWIEC" LUTY (February) Środa 23 — 1959 STR 1 li
rC='SV&:
Marek Hłasko
CMENTARZE
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone Copyright 1958 by "Kultura" Parz ''♦
"Jeden u nas porządny człowiek —
prokurator ale i ten prawdę mó-wiąc
świnia"
Gogol "Martwe Dusze"
I tFranciszek Kowalski czterdziesto-letni
szczupły nieznacznie łysieją- -
ffbeżczyzna o czerstwej cerze kości- -
fffike pił niesłychanie rzadko tylko
D% nadzwyczajnych wprost okazjach
lv nie zdarzało mu się aby przebrał
fn$re i aby potem inni musieli go in-Iffflbo-wać
o tym co mówił i jak się za- -
-- l Cvi nu i'o(fnvm t niowinln lu
(MWyw" uj' " j-- — j— - _"- - w„ „
M którzv budząc się rano nigdy nie po-Irtebu- ja
się wstydzić swego poprzednie-mlirieczor- u
Lecz pewnego dnia wrac-ali
późnym wieczorem do domu z zebr-ali
partyjnego które ciągnęło się przez
JUle godzin i na którym wielokrotnie
jnjjsiał zabierać głos w sprawach waż-jfi-h
dla niego i ludzi z którymi praco-- 2
spotkał swego serdecznego przyja- -
cif a jeszcze z czasów partyzantki Nie
jrSlział się z nim od roku czterdziestego
pftego kiedy to on sam pomaszerował
ni front a jego przyjaciel' ciężko wów- -
ds ranny pozostał w szpitalu juz do
tca dni wojny To spotkanie ucieszyło
Itak szalenie że postanowili je uczcić
Ciszkiem wódki i udali się da najbliź- -
j£j restauracji Przyjaciel zażądał od
finera ćwiartki a kiedy ukazało się dno
neiszek przywołał kelnera 1 aby jego
pnyjaciel nie pomyślał o nim że od
sów partyzantki zdziadział zupełnie
ecił kelnerowi aby podał następną
§Tf ich tak rozochociła gadało im się tak
dobrze wyblakły czas nabrał w ich
oaach tak krwistych barw że trzeciej
siadali niemal jednocześnie a już po
lan czwartą iJUbiiiwu uu u juc me py-m- c
sam kelner Kiedy wychodzili dnia- -
M juz a na szarym niebie poczęły ryso-m- ć
się pierwsze pasma jasności Poże-jja- li
się czule ściskając sobie przez dłu- -
czas dłonie potem każdy z nich ru-łF- w
swoją stronę
ElFranciszek kroczył dzielnie wpatrując
Wilnie chodnika lecz czuł ze jakieś
znane mu dotąd siły kołyszą go na
tiki a linia trotuaru raz po raz wymy- -
!ula się z jego pola widzenia "Zdaje
w — zamruczał — ze trochę tego
u diabła" I nagle niespodziewanie
samego siebie zaśpiewał tenorem:
Maria Rodziewiczówna
Pożary Zgliszcza
(=)'
Nie nie lękała się już niczego Jej
tzeń przerósł mistrzynię teraz ona pa
wła ku niemu przejęta owładnięta
Jarem takiero bohaterstwa i spokoju p nie lękała się już Czaplica
Nazajutrz "Anna Luiza" przyjęła ich
swój pokład
Oparta o parapet Władka wejrzeniem
& żegnała miasto ziemie i tłum ludzi
Wglądający się wyjazdowi Wychodź-jT- ?
kyto sP°r° na statku przeprowadza-ją
ich krewni i znajomi słychać było
flpz i westchnienia kwilenie niemo- - ifąt przestrogi prośby o wieści Jej tyl-U- t
jednej nikt nie żegnał i ona wrócić
ie będzie mogła do kraju f Statek dał pierwszy sygnał Hałas się
v) zmógł ludzie zaczęli krzyczeć tłoczyć r? do odwrotu Spojrzała po tłumie
wueunie znajomej -- twarzy
yferemnie
& Pfl HYlirrim ntrrnnln Ai!nrintnłn rvirtffob
41 czący z lądem czarnv słun dymu
Jienczyl komin parowca Obsługa za- -
t) SWe mipicpo łvll--r ćiitirttr nin hvln
izieś w czeluściach pokładu szuflował
5fe Trzeci Swizri ctnfpk 7nr1vunłnł i skn- - 'lnaprzód Białe fale goniły go czar-e-W
dym mącił czyste niebo z lądu powie- -
-- v uidie cnusiy 1 kapelusze
r-- ua'ej 1 dalej zrazu powoli wśród
i y nareszciefiu7wipmejia 7onucttne}mn ciouVrazrascuhtiniłcn-j-
"J ' Od fal naflhr7P7nvMT lunrnct na 1p- - vl° ' Prawo zbiegł się siny Bałtyk z nie-fJf- ni "Anna Luiza" ostatnim gwizdem
ffzegnala Rygę i biegła biegła już ni- -
W """iUWCUlcł
"ładka wciąż stała 7anatr7nna w nie- -
czoriosć niorza mewy latać
Sfr omiMem Ąttły 1P1 n wa1i TM„_z%yn- i-on łolnenioV Pr7V!_- - tpm w -- j ua 11 vsi r'7311'i t inaiiTCL'irn rirrn
westchnęła z cicha
JUŻ ni2dv tlio ™ont 4™t rumfoh
ni "ieba juź nlgdyl '
" tfim W Plphi w łrnnilralnoi Ipm
Futurze maszyny Swida otarł znój z
Hśn- - amo pomyślał z ciężkim
Pieniem serca Ale wnet się rozpo- -
I SChYlaian cip -- r nnJin q
IC7PI-- 5 J --u'"u 6lcJ!tJ f" I li' DieCa Mn-CTpnł- nJ Ar c-inh-io- "fiyle z-nią:fiórd-ał~
Byk z nią!
Stó
"Ty polski lesie — dlaczego tak kochamy
ciebie?
że w gąszczu twym czujemy się jakgdyby
w niebie
Spod skrzydeł twoich
Bezpiecznie kierujemy na wroga bron"
Jacyś ludzie w kombinezonach idący
do pracy roześmiali się i obejrzeli "za
nim To go tak rozłościło że również
przystanął
— Co u diabla — krzyknął — My- ślicie że może jestem zalany?
Tamci przeszli lecz Franciszek krzy-czał
dalej:
— Myślicie ze jestem zalany? Kto
jest zalany? Ja jestem zalany? Wszystko
kłamstwo Sami jesteście zalani ot i
tyle
Nagle zobaczył przed sobą dwóch mi-licjantów
Patrzyli na nieso zimno i zp
skupieniem Franciszek chciał powie
dzieć cos do nich lecz wciąż jeszcze miał
przed oczami tamtych którzy go zacze-pili
i zamiast słów nrzenrosin bo raz
któryś krzyknął:
— Sami jesteście zalani!
Teraz milicjanci zbliżyli się o krok i
nagle otrzeźwiony Franciszek zobaczył
ich twarze zupełnie z bliska Byli to mło-dzi
ludzie jeden w randze kaprala dru-gi
z trzema paskami — plutonowego
Plutonowy był bardzo piegowaty i miał
zadarty nos a Franciszkowi zdawało się
że jego błękitne oczy patrzą spod okute-go
daszka z zimną groźbą
— Dowód pozwólcie obywatelu —
powiedział plutonowy
Sztywnym ruchem wyciągnął rękę i
Franciszek cofnął się
— Dowód? — wybełkota! ze zdumie-niem
— Dlaczego?
— Proszę dowód — powtórzył pluto-nowy
a głos jego brzmiał odrobinę wyżej
niż przed chwilą
Franciszek sieenał ręka do kieszeni
w której trzymał portfel lecz kiedy --do
tknął chłodnej skory zatrzymał się
— Ależ — począł mówić
W(edy milicjant w randze kaprala
który stał dotychczas bez ruchu i słowa
bacznie śledząc każde poruszenie Fran-ciszka
krzyknął nachylając 'swoją twarz
ku niemu:
— Dowód Rozumiecie czy nie
Teraz Franciszek wyciągnął portfel
Otworzył go drżącymi rękami i podał do-wody
plutonowemu Ten obejrzał je po-tem
oparł swą skórzaną torbę o kolano
9S5&
50
i
szukając
poczęły
0=000=OC=0=0=(=J
A ziemi już i śladu nie było na ho-ryzoncie
V
W PUSZCZY
Jakub Simson — jak sam powiadał
o sobie — siedział w najdalszej osadzie
białych na "dalekim Wschodzie"
Osada to była niby forteca wśród
dziewiczego lasu obwiedziona palisada-mi
i rowem przyparta jednym bokiem
do strumienia drugim do kawałka kar-czunk- u
Wewnątrz mieściła się chata
magazyn i zagrody dla bydła
Chata była obszerna bo oprócz ojca
rodu mieszkało tam sześciu młodych
Simsonów w części żonatych oraz dwóch
olbrzymich Murzynów pastuchów i stary
Indianin pszczelarz
Rojno więc tam było dostatnio 1
zbrojno
Siedem karabinów grzmiało po pusz-czy
nłosząc dzikie plemiona czerwone
zwierza i włóczęgów bydło swobodnie
pasło się nad potokiem w magazynie
bezpiecznie gromadziły się cenne skóry
i wosk
Stary Simson nazywał się królem
okolicy i nikt mu tytułu nie przeczył
bo na kilkanaście mil w promieniu nie
było słychać o osadach Panował samo-władnie
nad okolicą od lat kilkunastu
za ludźmi nie tęsknił w świat powracać
nie chciał dobrze mu było na bezludziu
a i nownpcrn rinia wielki sie rumor
podniósł w osadzie Nie spowodował go
trop niedźwiedzi ani Indian ani zgonie-nie
bydła powodem zajęcia i niepokoju
było parę świeżych drzazg drzewa które
w potoku wyłowił i do chaty przyniósł
Sam Simson naimlodszy syn Jakuba
Drzazgi były siekierą odcięte 1 wzbudzi-ły
tysiące przypuszczeń i obaw
— W górze notoku ktoś wali hajkory!
— Ale 'kto?" Pewnie biały!
— Tożbyśmy go dotychczas widzieli
Tędy by przejeżdżał z Zachodu _ Weź] Sam strzelbę pójdziemy wę
dwóch na zwiady Wy chłopcy do ro-boty!
Poszli tedv -- Ojciec naprzód syn za
nim nie mówiąc słowa do siebie Pusz-czę
znali jak swój dom to też po go-An- o
tnarwu usfaszeli erzed sobą do
nośny miarowy łoskot siekiery '
— i kd) llli'"" !-"-
--
i począł coś pisać w małej zatłuszczonej
książeczce oprawnej w czarną ceratę
— Cóż wy piszecie jeśli można wie-dzieć?
— zapytał Franciszek usiłując zaj-rzeć
plutonowemu przez ramię
Plutonowy nie odpowiedział pisanie
w tak niewygodnej pozycji szło mu cięż-ko
i Franciszek widział jak marszczy
czoło i wysuwa koniuszek języka Po
chwili znów zaczął
— Dlaczego spisujecie mój dowód?
— Co może nie podoba się wam? —
zapytał ostro kapral — Milicja wam się
może nie podoba obywatelu?
— Nic takiego nie mówiłem — rów-nie
ostro odparł Franciszek Spojrzał na
pucułowate policzki kaprala i uczuł że
zaczyna się trząść ze złości Alkohol wy-wietrzał
mu już zupełnie
— Teraz nie — powiedział kapral i
wykrzywił swą dziecinną buzię w złośli-wym
uśmiechu — Ma się rozumieć że
teraz nie Ale przed chwilą to potrafi-liście
wyzywać milicję od pijaków
— Kto? Ja?
— Nie Pani Malinowska
— No no Tylko nie tym tonem
proszę — powiedział z oburzeniem Fran-ciszek-
— Teraz to nie tym tonem Ale
przedtem potrafiliście krzyczeć że je-steśmy
zalani — Spojrzał na Franciszka
z wyższością i powiedział dobitnie: —
Obrażacie mundur obywatelu
— Kłamstwo! — krzyknął z pasją
Franciszek
Kapral zwrócił się do plutonowego
który przez cały czas pisał coś uparcie
w swojej czarnej książeczce
— Słyszysz? Ten obywatel powiada
że my kłamiemy Zapisz to
Franciszek raz jeszcze popatrzył na
ich młode twarze i wstąpiła w niego fu-ria
Podniósł obie ręce do góry i potrzą-sając
nimi dziko zawył:
— A zapisz to gówniarzu zapisz Za-pisz
i to że mam cię w dupie że na
wszystko
Stracił zupełnie przytomność ze złoś-ci
Jego własne słowa dochodziły do nie-go
jak zza mgły nie rozumiał ich i nie
rozróżniał Krzyczał bez sensu i związku
wymachując rozpaczliwie rękami Kiedy
wściekłość jego minęła ocknął się i zo-baczył
że plutonowy chowa jego dowód
do swej skórzanej torby
— Idziemy — powiedział krótko
I zupełnie bezsilny Franciszek Kowal-ski
udał się z nimi na pobliski komisa-riat
II
Komisariat znajdował się niedaleko
od ulicy na której zatrzymano Francisz-ka
szli niecałe dziesięć minut i
( przez
ten czas Franciszek którego „zupełnie
opadły siły po wybuchu wściekłości od-zyskiwał
stopniowo dobre samopoczucie
Po jakimś czasie usiłował nadrabiać mi-ną
a nawet gwizdać Był wściekły i obu-rzony
lecz chciał zachowywać się tak
jak zachowywać się powinien niewinny
do głębi obrażony człowiek Głowę trzy
-- A
stary
— Aha — mruknął młody nadsłu-chując
— Tęgo rąbie a i bydło ryczy To
osadnik
— Chodźmy ojcze — rzekł syn nie-cierpliws- zy
Nie lada ciekawością był nowy czło-wiek
dla tych półdzikich skwaterów
— Powoli' Ostrożność nie zawadzi
Sam
Pół pełznąc pół idąc zbliżyli się kro-ków
kilkaset las zrzedniał a siekiera
rozlegała się tuż Podsunęli się na skraj
gąszczu i zajrzeli
Przed nimi jeden człowiek rąbał spo-kojnie
pień stuletni kilka zwalonych le-żało
wokoło nad potokiem
'Simsonowie podnieśli się z ziemi o
dwa kroki przed nim
Na widok dwóch drabów z bronią
samotnik sięgnął także po sztuciec opar-ty
o drzewo i czekał spokojnie zaczepki
Był wysoki silnie zbudowany młody
jeszcze ale niesłychanie wynędzniały i
mizerny Miał na sobie strzępy odzieży
na nogach strzępy butów na głowie
resztki kapelusza" Tylko twarz jego nie
była ani znękaną ani zmęczoną
Owszem uśmiech po niej się błąkał
a w bystrych oczach świecił spokój i
zadowolenie
Wyprostowany z palcem na cynglu
broni patrzył śmiało w oczy przybyłych
Nie był ani zbójem ani złodziejem Po
dobał się staremu
— Dzień dobry! — pozdrowił go
pierwszy
— Dzień dobry — odparł podobnież
obcy opuszczając broń
— Zwabiliście nas-siekier- ą Od daw-na
tu jesteście?
— Od wczoraj
— Az daleka?
— Z Europy
— Prosto?
— Nie Pracowałem w New Yorku
pół roku
— Myślicie się'tu osiedlić?
— A tak Wyznaczono mi tutaj iść
Możem na cudzy grunt zaszedł?
Simsonowie zaśmieli się unisono
— Tu nie ma cudzego gruntu Gdzie
spojrzysz osiadaj a coś zdobył twoje
Jak zginiesz to także twoje My tu osadę
mamy niżej nad potokiem Dobra oko-lica
ale ciężko żyć chyba jak my gro-madą
Was ilu?
— Ja jeden z żoną — odparł z błysz-czącymi
oczami
— To mało Nie dacie rady Block-hauz- u
nie postawicie do zimy
— Ej żona mitnie będzie pod namio-tem
Musi być chata to i będzie n
— Jeśli dotrzymacie słowa co mó-wicie
toście zuch' A długo szliście?
— Dwa miesiące
---=a-lrs!
m-rapelhie?ti "
mał do góry kroczył pewnie a kiedy
raz potknął się i napotkał szybkie spoj-rzenie
jednego z milicjantów uśmiech-nął
się z pełną ironii wyższością Kiedy
wchodzili już w ciemną i długą bramę
komisariatu pomyślał:' "Niepotrzebnie
się uniosłem Wszystkiemu winne zmę- czenie i wódka diabli ją rzeczywiście
nadali Z tymi szczeniakami się nie do-gadam
Może rzeczywiście wyrządziłem
im przykrość? Muszę rozmawiać z kimś
rozsądnym"
Przeszli przez podwórko i weszli do
dyżurki a wejście to odbyło się w spo-- 1 sób szczególny wszystko trwało moment
lecz wtedy dopiero po raz pierwszy od
chwili zajścia na ulicy Franciszek nóeznł
się nieswojo najpierw młodszy milicjant
otworzył drzwi następnie cofnął się a
kiedy Franciszek wszedł już do środka
i postąpił kilka kroków — wtedy do-piero
weszli obaj milicjanci zamykając
drzwi które wydały szczególnie niemiły
odgłos "Ładne porządki" — pomyślał
machinalnie Franciswk — "Gdzie jak
gdzie ale tu właśnie powinien być po-rządek
mogliby je naoliwić Teraz tylko
muszę porozmawiać z kimś rozsądnym"
Rozejrzał się uważnie wciąż zacho-wując
kamienny wyraz twarzy Była to
prosta izba o nieokreślonym kolorze
ścian przedzielona po środku barierą
mniej więcej na samym środku farba
którą niegdyś pomalowana została barie
ra była wytarta i wyświecona Franci-szek
pomyślał iż przyczyną tego pewnie
jest to że ludzie zatrzymani opierają się
o nią Na ścianach wisiały portrety do-stojników
państwowych nad nimi zaś
orzeł 'Pod jedną ze ścian stała drewnia-na
ławka spał na niej jakiś odwrócony
tylem mężczyzna "Nie można powiedzieć
żeby tutaj było porządnie" — pomyślał
raz jeszcze Franciszek i sprawiło mu to
pewnego rodzaju złośliwą satysfakcję
Milicjanci tymczasem zachowywali się
tak jakby Franciszek w ogóle nie istniał
Rozmawiali o czymś półgłosem z męż-czyzną
siedzącym za barierą Franciszek
słyszał jego nosowy glos lecz twarzy nie
mógł dostrzec zasłaniały ją plecy stoją-cych
milicjantów Stał bez ruchu około
minuty oczekując że lada chwila popro-szą
go aby przybliżył się i złożył zezna-nie
lecz nic takiego nie nastąpiło Prze-ciwnie
po chwili wsłuchiwania się w ich
rozmowę "Franciszek zrozumiał że tam-ci
wcale nie mówią o nim: przedmiotem
rozmowy był jakiś skradziony przed ty
godniem rower jeden z milicjantów
twierdził iż ukradł go niejaki Pasterka
drugi — że właściciel sam przepił i boi
bię przyznać żonie "Szlag niech to tra-fi"
— pomyślał Franciszek — "Sam im
wobec tego powiem co o tym myślę"
Przybliżył się do bariery i ze zdumieniem
zobaczył że siedzący za stołem milicjant
również jest w randze kaprala Zasko-czyło
go to zupełnie spodziewał się że
ci którzy przyprowadzili go tutaj roz-mawiają
z oficerem
— A sam
Simsonowie pokręcili giowami
Sionce stało w południu Podczas tej
rozmowy obcy wziął się znowu do sie-kiery
a przybyli usiedli na świeżo ścię-tym
pniu i dobywszy z torby kawał pie-czeni
posilali się po wędrówce
— A wy sami z Niemiec? — badał
stary po przerwie
— Dalej Na imię mi Aleksander
— To Sanders po naszemu — wtrą-cił
Sam Simson
— A mnie Simson Jack a ten mój
syn najmłodszy Pięciu jeszcze mam
takich
Nagle Sam jeść przestał i otworzyw-szy
szeroko oczy i usta wpatrzył się w
coś takr uporczywie jakby w nadziem-skie
zjawisko I stary się zdziwił
— Czy to wasza żona? — spytał
Swida się obejrzał rzucił siekierę i
podszedł naprzeciw nowoprzybyłej
Władka to była ta sama równie pię-kna
i smukła w grubej odzieży z kocioł-kiem
dymiącej strawy w ręku Mało się
zmieniła ta ukochana Swidy Musiał on
ją jak klejnot strzec w tej ciężkiej dro-dze
ochraniać od skwaru i niewczasu
na ręku nosić jak świętość Jego zżarło
słońce i trudy ją ozłociły tylko promie-nie
a trudy odbiły sie tylko ostrzejszym
rysunkiem rysów i silniejszą postawą
On na kość się zmizerował jej dał tylko
się zahartować nieco
Zdziwiła sie nieco wfdokiem obcych
ale Swida ją w paru słowach objaśnił
więc pierwsza powitała ich po angielsku
jak mąż trochę z akcentem
Simsonowie powstali Ta delikatna
urocza postać kobiety była dla nich
czymś nieznanym wzbudzającym prawie
trwożny szacunek Sam stracił zupełnie
rezon a stary dopiero po długiej chwili
ozwał się hamując jak mógł gruby głos
— A wam tu pani nie straszno w
tej dziczy?
— Nie — odparła z uśmiechem —
Bezpiecznej jak gdzie indziej Radam
żeśmy już przybyli wreszcie
— Bydło macie i zapasy jakie?
— Zostało się sztuk cztery i koń —
Odparł za żonę Swida — reszta się zmar-nowała
w drodze
— Psa najwięcej mi szkoda — doda-na
Władka — Dzisiaj w nocy coś go
rozdarło
— Bez psa źle I wężów się strzeżcie
K gdzież wasze obozowisko? — badał
=tary daleko więcej zajęty obcym gdy
jego zonę zobaczył
— Jeśli wasza ochota- - to je wam po-daże
— ofiarowałasię Władka — Nie
opodal nad potokiem na polanie'
Swida w jedna chwilę uwinął się ze
strawą i już ciosał dalej pomimo okro-pnego
skwaru Siekiera śmigała mu w
rolni Inlr wwa-nZf- - ' yw JW ~J - -- — -
OKULIŚCI
OKULISTKI
Br Bukowska-Bena- r O D
Wiktorii Bukowska O D
prowadzą nowoczesny gabinet
ONUllłt)czn przy
~27 RoobonkcesGvcaolflfersey AStvcnu
Tel LE 2-54- 93
Godziny przyjęć: codziennie od 1C rano do 8 uiecór W soboty od
10 rano do 4 po pot 1 S
ADWOKACI i NOTARIUSZE
CM BIELSKI BABCL
ADWOKAT I NOTARIUSZ
Przyjęcie codziennie — Sulte 702
Hermant 131dg
21 Dundas Square
(przy Yonge St)
Toronto — EM 2-12-
51
Wieczorami za uprzednim
telefonicznym porozumieniem
2 w
E H ŁUCK BA LLB
(ŁUKOWSKI)
I R H SMELA BA LLB
POLSCY ADWOKACI
Wsrolnlcy firmy adwokackie)
Blane Pasternak Łuck & Sniela
57 BLOOR ST W róg Bay WA 4-97- 55 przyjmują wieczorami za lelcfonlcz- -
1 S
RUTH CANTON
ADWOKAT — OBROŃCA
NOTARIUSZ
1337 Dundas St W„ Toronto
LE Ml 33
14 W
GEORGE BEN BA
ADWOKAT I NOTARIUSZ
Mów' po polsku
1147 Dundas St W Toronto
Tel LE 4-84- 31 i LE 4-84- 32
1 S
JAN L Z GÓRA
ADWOKAT — OBROŃCA
NOTARIUSZ
1437 Queen St W — Toronto
Tel Biura: LE 3-12-
11 Mieszk: AT 9-84-
65 l s
G HEIFETZ BA
ADWOKAT
S HEIFETZ
NOTARIUSZ
55 Wellington St W Toronto Ont
EM 6-64- 51 wieczorem WA 3-44-
95
1 S
KTÓRE
W KRAJU
B
na
TELEFONUJCIE
ZABEZPIECZENIA
WASZYCH OCZU ZEISS
Punktal
do okularów
już do nabycia
Pytajcie o nie u
spucjausiy oa oczu
DENTYŚCI
1 s
Dr Władysława
SADAUSKAS
LEKARZ
Grenadier Rd
(drugi dom od Ronccsvallo)
za telefo-nicznym
porozumieniem
Telefon LE 1-4-
250
S
Dr M
DENTYSTĄ
2092 Dundas St W Toronto
Tel RO 9-46-
82
2 W
Dr S D BRIGEL
LEKARZ DENTYSTA
CHIRURG — STOMATOLOG
Speeallsta chorób amy
Pliyslclnns' u surgeons' Bulldlng
Kancelaria No 270
86 Bloor St W — „Toronto
Telefon WA
2 W
Dr Więckowski
LEKARZ
Tel WA
310 Bloor St W — Toronto
przyjmuje 'po uprzednim porozumie-niu
telefonicznym 2 W
Dr E WACHNA
DENTYSTA
Godziny: 10-38- 6
Bathurtt St
-- 12 i 2—8
— EM 4-65- 15
2 w
Dr H SCHWABE
DENTYSTA
71 Howard Park Auti
(róg Itonrosvallcs)
Godi przyjęć za telefon
LE 1-2-
005
1 B
Jan Alexandrowicz — Notary
POLSKIE BIURO INFORMACYJNE
Pomoc w sprawach rodzinnych spadkowych i majątkowych w
Polsw — Kontrakty i Inne dokumenty Imigracja Income Tax
Tłumaczenia
Toronto Onh 799-- A OueenSt West " Tel EM 8-54-
41
DOMINION TRAVEL 0FFIGE
55 Wellington West — Toronto — Tel EM 6-64- 51
S HEIFETZ NOTARY PUBLIC
Załatwiamy sprawnie 1 solidnie: Sprowadzanie krewnych z Polski
na stałe lub wiwte — Wizy do Polski w 10 dni — Wyjazd do
USA na stałe liib wizytę — Sprawy majątkowe w kraju akty
darowizny pełnomocnictwa przez zastępcę i i sprawy
Gwarantowaną przesyłkę pieniędzy I paczek do Polski l Ukrainy
Tłumaeienia notarialne wszelkich dokumentów
Bezpłatna informacja listownie osobiście i telefonicznie
tNAPOJE NAJBARDZIEJ ZBLIŻONE
DO TYCH TAK WAM SMA-KOWAŁY
RODZINNYM
DENTYSTA
DENTYSTA
małżeństwa
Cola - Ginger Ale - Orange - Cream
BEZPŁATNA DOSTAWA
bankiety i inne okazje
W TORONTO
DLA
szkła
-- w-Kanadzle
Waszego
129
Przyjmuje uprzednim
LUCYK
ustntl
20056
Tadeusz
2-08-
44
zatn
Public
12--W
Soda
WAInut
i 1-2-
151
w dnie powszednie
do goaz 7 wiecz
Nie dostarczamy towaru do prywatnych domów
96-- W
20--w
kHHiHI WlIHIIi 'HI BI —i
Paczki PEKAO do Polski
DO WYBORU ŻYWNOŚĆ MATERIAŁY PREZENTY
LUB WYMIENIALNE NA PIENIĄDZE
(prawie 100 złotych za dolara)
Janiąue Trading - J Kamieński
TORONTO Ont: 835 Queen St W — Tel EM 4-40- 25
EDMONTON AHa: 10649 - 97th Street — Tel 2-38- 39
RÓWNIEŻ WSZELKIE LEKARSTWA ITP
Najszybciej i 'najtaniej! Wolnej! cłal
SYIEŻE POMARAŃCZE I CYTRYNY
1
!IH
!HhB3B!BHPIHHHPHBB)
mifflM:
i W
Ll mMmml
im Y
Łm~'wiii MHMl'
i ' Uif 1 &i 1
te itr ) iivsmh'') iw
ul
: - ffliVffj
%t tm
1 iU! w Wi
fet!
ni "j tr 1 h i" '
mmw
V2M3ł W I
rav
UftfJV
-- taił':
H"'WS
'JTC '
P iii
hMJ
fEM!ił
'Im'[I
im'¥r'Aiiii tl rIV
ci-- Jifi' :1
A- -
t I
t£&iH r rvFWJt
nm)
i1 kli ' ŁłrlMli
ł 1F "
i
i K~ i 0m% '
hfef 1 1 lwi 1 m!m' # ' mml
SM immmwmm
$i iiSu SI
h sif3ra ' mm i
mm
m
mWil
Object Description
| Rating | |
| Title | Zwilazkowiec Alliancer, February 25, 1959 |
| Language | pl |
| Subject | Poland -- Newspapers; Newspapers -- Poland; Polish Canadians Newspapers |
| Date | 1959-02-25 |
| Type | application/pdf |
| Format | text |
| Identifier | ZwilaD2000285 |
Description
| Title | 000065b |
| OCR text | m TT" --tj- "-- f- -' -- " V v -- % — IfTT-- — „— „„ąppg "€51 s 'V sm11VIelMiĄIWvfi X u ZWIĄZKOWIEC" LUTY (February) Środa 23 — 1959 STR 1 li rC='SV&: Marek Hłasko CMENTARZE Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone Copyright 1958 by "Kultura" Parz ''♦ "Jeden u nas porządny człowiek — prokurator ale i ten prawdę mó-wiąc świnia" Gogol "Martwe Dusze" I tFranciszek Kowalski czterdziesto-letni szczupły nieznacznie łysieją- - ffbeżczyzna o czerstwej cerze kości- - fffike pił niesłychanie rzadko tylko D% nadzwyczajnych wprost okazjach lv nie zdarzało mu się aby przebrał fn$re i aby potem inni musieli go in-Iffflbo-wać o tym co mówił i jak się za- - -- l Cvi nu i'o(fnvm t niowinln lu (MWyw" uj' " j-- — j— - _"- - w„ „ M którzv budząc się rano nigdy nie po-Irtebu- ja się wstydzić swego poprzednie-mlirieczor- u Lecz pewnego dnia wrac-ali późnym wieczorem do domu z zebr-ali partyjnego które ciągnęło się przez JUle godzin i na którym wielokrotnie jnjjsiał zabierać głos w sprawach waż-jfi-h dla niego i ludzi z którymi praco-- 2 spotkał swego serdecznego przyja- - cif a jeszcze z czasów partyzantki Nie jrSlział się z nim od roku czterdziestego pftego kiedy to on sam pomaszerował ni front a jego przyjaciel' ciężko wów- - ds ranny pozostał w szpitalu juz do tca dni wojny To spotkanie ucieszyło Itak szalenie że postanowili je uczcić Ciszkiem wódki i udali się da najbliź- - j£j restauracji Przyjaciel zażądał od finera ćwiartki a kiedy ukazało się dno neiszek przywołał kelnera 1 aby jego pnyjaciel nie pomyślał o nim że od sów partyzantki zdziadział zupełnie ecił kelnerowi aby podał następną §Tf ich tak rozochociła gadało im się tak dobrze wyblakły czas nabrał w ich oaach tak krwistych barw że trzeciej siadali niemal jednocześnie a już po lan czwartą iJUbiiiwu uu u juc me py-m- c sam kelner Kiedy wychodzili dnia- - M juz a na szarym niebie poczęły ryso-m- ć się pierwsze pasma jasności Poże-jja- li się czule ściskając sobie przez dłu- - czas dłonie potem każdy z nich ru-łF- w swoją stronę ElFranciszek kroczył dzielnie wpatrując Wilnie chodnika lecz czuł ze jakieś znane mu dotąd siły kołyszą go na tiki a linia trotuaru raz po raz wymy- - !ula się z jego pola widzenia "Zdaje w — zamruczał — ze trochę tego u diabła" I nagle niespodziewanie samego siebie zaśpiewał tenorem: Maria Rodziewiczówna Pożary Zgliszcza (=)' Nie nie lękała się już niczego Jej tzeń przerósł mistrzynię teraz ona pa wła ku niemu przejęta owładnięta Jarem takiero bohaterstwa i spokoju p nie lękała się już Czaplica Nazajutrz "Anna Luiza" przyjęła ich swój pokład Oparta o parapet Władka wejrzeniem & żegnała miasto ziemie i tłum ludzi Wglądający się wyjazdowi Wychodź-jT- ? kyto sP°r° na statku przeprowadza-ją ich krewni i znajomi słychać było flpz i westchnienia kwilenie niemo- - ifąt przestrogi prośby o wieści Jej tyl-U- t jednej nikt nie żegnał i ona wrócić ie będzie mogła do kraju f Statek dał pierwszy sygnał Hałas się v) zmógł ludzie zaczęli krzyczeć tłoczyć r? do odwrotu Spojrzała po tłumie wueunie znajomej -- twarzy yferemnie & Pfl HYlirrim ntrrnnln Ai!nrintnłn rvirtffob 41 czący z lądem czarnv słun dymu Jienczyl komin parowca Obsługa za- - t) SWe mipicpo łvll--r ćiitirttr nin hvln izieś w czeluściach pokładu szuflował 5fe Trzeci Swizri ctnfpk 7nr1vunłnł i skn- - 'lnaprzód Białe fale goniły go czar-e-W dym mącił czyste niebo z lądu powie- - -- v uidie cnusiy 1 kapelusze r-- ua'ej 1 dalej zrazu powoli wśród i y nareszciefiu7wipmejia 7onucttne}mn ciouVrazrascuhtiniłcn-j- "J ' Od fal naflhr7P7nvMT lunrnct na 1p- - vl° ' Prawo zbiegł się siny Bałtyk z nie-fJf- ni "Anna Luiza" ostatnim gwizdem ffzegnala Rygę i biegła biegła już ni- - W """iUWCUlcł "ładka wciąż stała 7anatr7nna w nie- - czoriosć niorza mewy latać Sfr omiMem Ąttły 1P1 n wa1i TM„_z%yn- i-on łolnenioV Pr7V!_- - tpm w -- j ua 11 vsi r'7311'i t inaiiTCL'irn rirrn westchnęła z cicha JUŻ ni2dv tlio ™ont 4™t rumfoh ni "ieba juź nlgdyl ' " tfim W Plphi w łrnnilralnoi Ipm Futurze maszyny Swida otarł znój z Hśn- - amo pomyślał z ciężkim Pieniem serca Ale wnet się rozpo- - I SChYlaian cip -- r nnJin q IC7PI-- 5 J --u'"u 6lcJ!tJ f" I li' DieCa Mn-CTpnł- nJ Ar c-inh-io- "fiyle z-nią:fiórd-ał~ Byk z nią! Stó "Ty polski lesie — dlaczego tak kochamy ciebie? że w gąszczu twym czujemy się jakgdyby w niebie Spod skrzydeł twoich Bezpiecznie kierujemy na wroga bron" Jacyś ludzie w kombinezonach idący do pracy roześmiali się i obejrzeli "za nim To go tak rozłościło że również przystanął — Co u diabla — krzyknął — My- ślicie że może jestem zalany? Tamci przeszli lecz Franciszek krzy-czał dalej: — Myślicie ze jestem zalany? Kto jest zalany? Ja jestem zalany? Wszystko kłamstwo Sami jesteście zalani ot i tyle Nagle zobaczył przed sobą dwóch mi-licjantów Patrzyli na nieso zimno i zp skupieniem Franciszek chciał powie dzieć cos do nich lecz wciąż jeszcze miał przed oczami tamtych którzy go zacze-pili i zamiast słów nrzenrosin bo raz któryś krzyknął: — Sami jesteście zalani! Teraz milicjanci zbliżyli się o krok i nagle otrzeźwiony Franciszek zobaczył ich twarze zupełnie z bliska Byli to mło-dzi ludzie jeden w randze kaprala dru-gi z trzema paskami — plutonowego Plutonowy był bardzo piegowaty i miał zadarty nos a Franciszkowi zdawało się że jego błękitne oczy patrzą spod okute-go daszka z zimną groźbą — Dowód pozwólcie obywatelu — powiedział plutonowy Sztywnym ruchem wyciągnął rękę i Franciszek cofnął się — Dowód? — wybełkota! ze zdumie-niem — Dlaczego? — Proszę dowód — powtórzył pluto-nowy a głos jego brzmiał odrobinę wyżej niż przed chwilą Franciszek sieenał ręka do kieszeni w której trzymał portfel lecz kiedy --do tknął chłodnej skory zatrzymał się — Ależ — począł mówić W(edy milicjant w randze kaprala który stał dotychczas bez ruchu i słowa bacznie śledząc każde poruszenie Fran-ciszka krzyknął nachylając 'swoją twarz ku niemu: — Dowód Rozumiecie czy nie Teraz Franciszek wyciągnął portfel Otworzył go drżącymi rękami i podał do-wody plutonowemu Ten obejrzał je po-tem oparł swą skórzaną torbę o kolano 9S5& 50 i szukając poczęły 0=000=OC=0=0=(=J A ziemi już i śladu nie było na ho-ryzoncie V W PUSZCZY Jakub Simson — jak sam powiadał o sobie — siedział w najdalszej osadzie białych na "dalekim Wschodzie" Osada to była niby forteca wśród dziewiczego lasu obwiedziona palisada-mi i rowem przyparta jednym bokiem do strumienia drugim do kawałka kar-czunk- u Wewnątrz mieściła się chata magazyn i zagrody dla bydła Chata była obszerna bo oprócz ojca rodu mieszkało tam sześciu młodych Simsonów w części żonatych oraz dwóch olbrzymich Murzynów pastuchów i stary Indianin pszczelarz Rojno więc tam było dostatnio 1 zbrojno Siedem karabinów grzmiało po pusz-czy nłosząc dzikie plemiona czerwone zwierza i włóczęgów bydło swobodnie pasło się nad potokiem w magazynie bezpiecznie gromadziły się cenne skóry i wosk Stary Simson nazywał się królem okolicy i nikt mu tytułu nie przeczył bo na kilkanaście mil w promieniu nie było słychać o osadach Panował samo-władnie nad okolicą od lat kilkunastu za ludźmi nie tęsknił w świat powracać nie chciał dobrze mu było na bezludziu a i nownpcrn rinia wielki sie rumor podniósł w osadzie Nie spowodował go trop niedźwiedzi ani Indian ani zgonie-nie bydła powodem zajęcia i niepokoju było parę świeżych drzazg drzewa które w potoku wyłowił i do chaty przyniósł Sam Simson naimlodszy syn Jakuba Drzazgi były siekierą odcięte 1 wzbudzi-ły tysiące przypuszczeń i obaw — W górze notoku ktoś wali hajkory! — Ale 'kto?" Pewnie biały! — Tożbyśmy go dotychczas widzieli Tędy by przejeżdżał z Zachodu _ Weź] Sam strzelbę pójdziemy wę dwóch na zwiady Wy chłopcy do ro-boty! Poszli tedv -- Ojciec naprzód syn za nim nie mówiąc słowa do siebie Pusz-czę znali jak swój dom to też po go-An- o tnarwu usfaszeli erzed sobą do nośny miarowy łoskot siekiery ' — i kd) llli'"" !-"- -- i począł coś pisać w małej zatłuszczonej książeczce oprawnej w czarną ceratę — Cóż wy piszecie jeśli można wie-dzieć? — zapytał Franciszek usiłując zaj-rzeć plutonowemu przez ramię Plutonowy nie odpowiedział pisanie w tak niewygodnej pozycji szło mu cięż-ko i Franciszek widział jak marszczy czoło i wysuwa koniuszek języka Po chwili znów zaczął — Dlaczego spisujecie mój dowód? — Co może nie podoba się wam? — zapytał ostro kapral — Milicja wam się może nie podoba obywatelu? — Nic takiego nie mówiłem — rów-nie ostro odparł Franciszek Spojrzał na pucułowate policzki kaprala i uczuł że zaczyna się trząść ze złości Alkohol wy-wietrzał mu już zupełnie — Teraz nie — powiedział kapral i wykrzywił swą dziecinną buzię w złośli-wym uśmiechu — Ma się rozumieć że teraz nie Ale przed chwilą to potrafi-liście wyzywać milicję od pijaków — Kto? Ja? — Nie Pani Malinowska — No no Tylko nie tym tonem proszę — powiedział z oburzeniem Fran-ciszek- — Teraz to nie tym tonem Ale przedtem potrafiliście krzyczeć że je-steśmy zalani — Spojrzał na Franciszka z wyższością i powiedział dobitnie: — Obrażacie mundur obywatelu — Kłamstwo! — krzyknął z pasją Franciszek Kapral zwrócił się do plutonowego który przez cały czas pisał coś uparcie w swojej czarnej książeczce — Słyszysz? Ten obywatel powiada że my kłamiemy Zapisz to Franciszek raz jeszcze popatrzył na ich młode twarze i wstąpiła w niego fu-ria Podniósł obie ręce do góry i potrzą-sając nimi dziko zawył: — A zapisz to gówniarzu zapisz Za-pisz i to że mam cię w dupie że na wszystko Stracił zupełnie przytomność ze złoś-ci Jego własne słowa dochodziły do nie-go jak zza mgły nie rozumiał ich i nie rozróżniał Krzyczał bez sensu i związku wymachując rozpaczliwie rękami Kiedy wściekłość jego minęła ocknął się i zo-baczył że plutonowy chowa jego dowód do swej skórzanej torby — Idziemy — powiedział krótko I zupełnie bezsilny Franciszek Kowal-ski udał się z nimi na pobliski komisa-riat II Komisariat znajdował się niedaleko od ulicy na której zatrzymano Francisz-ka szli niecałe dziesięć minut i ( przez ten czas Franciszek którego „zupełnie opadły siły po wybuchu wściekłości od-zyskiwał stopniowo dobre samopoczucie Po jakimś czasie usiłował nadrabiać mi-ną a nawet gwizdać Był wściekły i obu-rzony lecz chciał zachowywać się tak jak zachowywać się powinien niewinny do głębi obrażony człowiek Głowę trzy -- A stary — Aha — mruknął młody nadsłu-chując — Tęgo rąbie a i bydło ryczy To osadnik — Chodźmy ojcze — rzekł syn nie-cierpliws- zy Nie lada ciekawością był nowy czło-wiek dla tych półdzikich skwaterów — Powoli' Ostrożność nie zawadzi Sam Pół pełznąc pół idąc zbliżyli się kro-ków kilkaset las zrzedniał a siekiera rozlegała się tuż Podsunęli się na skraj gąszczu i zajrzeli Przed nimi jeden człowiek rąbał spo-kojnie pień stuletni kilka zwalonych le-żało wokoło nad potokiem 'Simsonowie podnieśli się z ziemi o dwa kroki przed nim Na widok dwóch drabów z bronią samotnik sięgnął także po sztuciec opar-ty o drzewo i czekał spokojnie zaczepki Był wysoki silnie zbudowany młody jeszcze ale niesłychanie wynędzniały i mizerny Miał na sobie strzępy odzieży na nogach strzępy butów na głowie resztki kapelusza" Tylko twarz jego nie była ani znękaną ani zmęczoną Owszem uśmiech po niej się błąkał a w bystrych oczach świecił spokój i zadowolenie Wyprostowany z palcem na cynglu broni patrzył śmiało w oczy przybyłych Nie był ani zbójem ani złodziejem Po dobał się staremu — Dzień dobry! — pozdrowił go pierwszy — Dzień dobry — odparł podobnież obcy opuszczając broń — Zwabiliście nas-siekier- ą Od daw-na tu jesteście? — Od wczoraj — Az daleka? — Z Europy — Prosto? — Nie Pracowałem w New Yorku pół roku — Myślicie się'tu osiedlić? — A tak Wyznaczono mi tutaj iść Możem na cudzy grunt zaszedł? Simsonowie zaśmieli się unisono — Tu nie ma cudzego gruntu Gdzie spojrzysz osiadaj a coś zdobył twoje Jak zginiesz to także twoje My tu osadę mamy niżej nad potokiem Dobra oko-lica ale ciężko żyć chyba jak my gro-madą Was ilu? — Ja jeden z żoną — odparł z błysz-czącymi oczami — To mało Nie dacie rady Block-hauz- u nie postawicie do zimy — Ej żona mitnie będzie pod namio-tem Musi być chata to i będzie n — Jeśli dotrzymacie słowa co mó-wicie toście zuch' A długo szliście? — Dwa miesiące ---=a-lrs! m-rapelhie?ti " mał do góry kroczył pewnie a kiedy raz potknął się i napotkał szybkie spoj-rzenie jednego z milicjantów uśmiech-nął się z pełną ironii wyższością Kiedy wchodzili już w ciemną i długą bramę komisariatu pomyślał:' "Niepotrzebnie się uniosłem Wszystkiemu winne zmę- czenie i wódka diabli ją rzeczywiście nadali Z tymi szczeniakami się nie do-gadam Może rzeczywiście wyrządziłem im przykrość? Muszę rozmawiać z kimś rozsądnym" Przeszli przez podwórko i weszli do dyżurki a wejście to odbyło się w spo-- 1 sób szczególny wszystko trwało moment lecz wtedy dopiero po raz pierwszy od chwili zajścia na ulicy Franciszek nóeznł się nieswojo najpierw młodszy milicjant otworzył drzwi następnie cofnął się a kiedy Franciszek wszedł już do środka i postąpił kilka kroków — wtedy do-piero weszli obaj milicjanci zamykając drzwi które wydały szczególnie niemiły odgłos "Ładne porządki" — pomyślał machinalnie Franciswk — "Gdzie jak gdzie ale tu właśnie powinien być po-rządek mogliby je naoliwić Teraz tylko muszę porozmawiać z kimś rozsądnym" Rozejrzał się uważnie wciąż zacho-wując kamienny wyraz twarzy Była to prosta izba o nieokreślonym kolorze ścian przedzielona po środku barierą mniej więcej na samym środku farba którą niegdyś pomalowana została barie ra była wytarta i wyświecona Franci-szek pomyślał iż przyczyną tego pewnie jest to że ludzie zatrzymani opierają się o nią Na ścianach wisiały portrety do-stojników państwowych nad nimi zaś orzeł 'Pod jedną ze ścian stała drewnia-na ławka spał na niej jakiś odwrócony tylem mężczyzna "Nie można powiedzieć żeby tutaj było porządnie" — pomyślał raz jeszcze Franciszek i sprawiło mu to pewnego rodzaju złośliwą satysfakcję Milicjanci tymczasem zachowywali się tak jakby Franciszek w ogóle nie istniał Rozmawiali o czymś półgłosem z męż-czyzną siedzącym za barierą Franciszek słyszał jego nosowy glos lecz twarzy nie mógł dostrzec zasłaniały ją plecy stoją-cych milicjantów Stał bez ruchu około minuty oczekując że lada chwila popro-szą go aby przybliżył się i złożył zezna-nie lecz nic takiego nie nastąpiło Prze-ciwnie po chwili wsłuchiwania się w ich rozmowę "Franciszek zrozumiał że tam-ci wcale nie mówią o nim: przedmiotem rozmowy był jakiś skradziony przed ty godniem rower jeden z milicjantów twierdził iż ukradł go niejaki Pasterka drugi — że właściciel sam przepił i boi bię przyznać żonie "Szlag niech to tra-fi" — pomyślał Franciszek — "Sam im wobec tego powiem co o tym myślę" Przybliżył się do bariery i ze zdumieniem zobaczył że siedzący za stołem milicjant również jest w randze kaprala Zasko-czyło go to zupełnie spodziewał się że ci którzy przyprowadzili go tutaj roz-mawiają z oficerem — A sam Simsonowie pokręcili giowami Sionce stało w południu Podczas tej rozmowy obcy wziął się znowu do sie-kiery a przybyli usiedli na świeżo ścię-tym pniu i dobywszy z torby kawał pie-czeni posilali się po wędrówce — A wy sami z Niemiec? — badał stary po przerwie — Dalej Na imię mi Aleksander — To Sanders po naszemu — wtrą-cił Sam Simson — A mnie Simson Jack a ten mój syn najmłodszy Pięciu jeszcze mam takich Nagle Sam jeść przestał i otworzyw-szy szeroko oczy i usta wpatrzył się w coś takr uporczywie jakby w nadziem-skie zjawisko I stary się zdziwił — Czy to wasza żona? — spytał Swida się obejrzał rzucił siekierę i podszedł naprzeciw nowoprzybyłej Władka to była ta sama równie pię-kna i smukła w grubej odzieży z kocioł-kiem dymiącej strawy w ręku Mało się zmieniła ta ukochana Swidy Musiał on ją jak klejnot strzec w tej ciężkiej dro-dze ochraniać od skwaru i niewczasu na ręku nosić jak świętość Jego zżarło słońce i trudy ją ozłociły tylko promie-nie a trudy odbiły sie tylko ostrzejszym rysunkiem rysów i silniejszą postawą On na kość się zmizerował jej dał tylko się zahartować nieco Zdziwiła sie nieco wfdokiem obcych ale Swida ją w paru słowach objaśnił więc pierwsza powitała ich po angielsku jak mąż trochę z akcentem Simsonowie powstali Ta delikatna urocza postać kobiety była dla nich czymś nieznanym wzbudzającym prawie trwożny szacunek Sam stracił zupełnie rezon a stary dopiero po długiej chwili ozwał się hamując jak mógł gruby głos — A wam tu pani nie straszno w tej dziczy? — Nie — odparła z uśmiechem — Bezpiecznej jak gdzie indziej Radam żeśmy już przybyli wreszcie — Bydło macie i zapasy jakie? — Zostało się sztuk cztery i koń — Odparł za żonę Swida — reszta się zmar-nowała w drodze — Psa najwięcej mi szkoda — doda-na Władka — Dzisiaj w nocy coś go rozdarło — Bez psa źle I wężów się strzeżcie K gdzież wasze obozowisko? — badał =tary daleko więcej zajęty obcym gdy jego zonę zobaczył — Jeśli wasza ochota- - to je wam po-daże — ofiarowałasię Władka — Nie opodal nad potokiem na polanie' Swida w jedna chwilę uwinął się ze strawą i już ciosał dalej pomimo okro-pnego skwaru Siekiera śmigała mu w rolni Inlr wwa-nZf- - ' yw JW ~J - -- — - OKULIŚCI OKULISTKI Br Bukowska-Bena- r O D Wiktorii Bukowska O D prowadzą nowoczesny gabinet ONUllłt)czn przy ~27 RoobonkcesGvcaolflfersey AStvcnu Tel LE 2-54- 93 Godziny przyjęć: codziennie od 1C rano do 8 uiecór W soboty od 10 rano do 4 po pot 1 S ADWOKACI i NOTARIUSZE CM BIELSKI BABCL ADWOKAT I NOTARIUSZ Przyjęcie codziennie — Sulte 702 Hermant 131dg 21 Dundas Square (przy Yonge St) Toronto — EM 2-12- 51 Wieczorami za uprzednim telefonicznym porozumieniem 2 w E H ŁUCK BA LLB (ŁUKOWSKI) I R H SMELA BA LLB POLSCY ADWOKACI Wsrolnlcy firmy adwokackie) Blane Pasternak Łuck & Sniela 57 BLOOR ST W róg Bay WA 4-97- 55 przyjmują wieczorami za lelcfonlcz- - 1 S RUTH CANTON ADWOKAT — OBROŃCA NOTARIUSZ 1337 Dundas St W„ Toronto LE Ml 33 14 W GEORGE BEN BA ADWOKAT I NOTARIUSZ Mów' po polsku 1147 Dundas St W Toronto Tel LE 4-84- 31 i LE 4-84- 32 1 S JAN L Z GÓRA ADWOKAT — OBROŃCA NOTARIUSZ 1437 Queen St W — Toronto Tel Biura: LE 3-12- 11 Mieszk: AT 9-84- 65 l s G HEIFETZ BA ADWOKAT S HEIFETZ NOTARIUSZ 55 Wellington St W Toronto Ont EM 6-64- 51 wieczorem WA 3-44- 95 1 S KTÓRE W KRAJU B na TELEFONUJCIE ZABEZPIECZENIA WASZYCH OCZU ZEISS Punktal do okularów już do nabycia Pytajcie o nie u spucjausiy oa oczu DENTYŚCI 1 s Dr Władysława SADAUSKAS LEKARZ Grenadier Rd (drugi dom od Ronccsvallo) za telefo-nicznym porozumieniem Telefon LE 1-4- 250 S Dr M DENTYSTĄ 2092 Dundas St W Toronto Tel RO 9-46- 82 2 W Dr S D BRIGEL LEKARZ DENTYSTA CHIRURG — STOMATOLOG Speeallsta chorób amy Pliyslclnns' u surgeons' Bulldlng Kancelaria No 270 86 Bloor St W — „Toronto Telefon WA 2 W Dr Więckowski LEKARZ Tel WA 310 Bloor St W — Toronto przyjmuje 'po uprzednim porozumie-niu telefonicznym 2 W Dr E WACHNA DENTYSTA Godziny: 10-38- 6 Bathurtt St -- 12 i 2—8 — EM 4-65- 15 2 w Dr H SCHWABE DENTYSTA 71 Howard Park Auti (róg Itonrosvallcs) Godi przyjęć za telefon LE 1-2- 005 1 B Jan Alexandrowicz — Notary POLSKIE BIURO INFORMACYJNE Pomoc w sprawach rodzinnych spadkowych i majątkowych w Polsw — Kontrakty i Inne dokumenty Imigracja Income Tax Tłumaczenia Toronto Onh 799-- A OueenSt West " Tel EM 8-54- 41 DOMINION TRAVEL 0FFIGE 55 Wellington West — Toronto — Tel EM 6-64- 51 S HEIFETZ NOTARY PUBLIC Załatwiamy sprawnie 1 solidnie: Sprowadzanie krewnych z Polski na stałe lub wiwte — Wizy do Polski w 10 dni — Wyjazd do USA na stałe liib wizytę — Sprawy majątkowe w kraju akty darowizny pełnomocnictwa przez zastępcę i i sprawy Gwarantowaną przesyłkę pieniędzy I paczek do Polski l Ukrainy Tłumaeienia notarialne wszelkich dokumentów Bezpłatna informacja listownie osobiście i telefonicznie tNAPOJE NAJBARDZIEJ ZBLIŻONE DO TYCH TAK WAM SMA-KOWAŁY RODZINNYM DENTYSTA DENTYSTA małżeństwa Cola - Ginger Ale - Orange - Cream BEZPŁATNA DOSTAWA bankiety i inne okazje W TORONTO DLA szkła -- w-Kanadzle Waszego 129 Przyjmuje uprzednim LUCYK ustntl 20056 Tadeusz 2-08- 44 zatn Public 12--W Soda WAInut i 1-2- 151 w dnie powszednie do goaz 7 wiecz Nie dostarczamy towaru do prywatnych domów 96-- W 20--w kHHiHI WlIHIIi 'HI BI —i Paczki PEKAO do Polski DO WYBORU ŻYWNOŚĆ MATERIAŁY PREZENTY LUB WYMIENIALNE NA PIENIĄDZE (prawie 100 złotych za dolara) Janiąue Trading - J Kamieński TORONTO Ont: 835 Queen St W — Tel EM 4-40- 25 EDMONTON AHa: 10649 - 97th Street — Tel 2-38- 39 RÓWNIEŻ WSZELKIE LEKARSTWA ITP Najszybciej i 'najtaniej! Wolnej! cłal SYIEŻE POMARAŃCZE I CYTRYNY 1 !IH !HhB3B!BHPIHHHPHBB) mifflM: i W Ll mMmml im Y Łm~'wiii MHMl' i ' Uif 1 &i 1 te itr ) iivsmh'') iw ul : - ffliVffj %t tm 1 iU! w Wi fet! ni "j tr 1 h i" ' mmw V2M3ł W I rav UftfJV -- taił': H"'WS 'JTC ' P iii hMJ fEM!ił 'Im'[I im'¥r'Aiiii tl rIV ci-- Jifi' :1 A- - t I t£&iH r rvFWJt nm) i1 kli ' ŁłrlMli ł 1F " i i K~ i 0m% ' hfef 1 1 lwi 1 m!m' # ' mml SM immmwmm $i iiSu SI h sif3ra ' mm i mm m mWil |
Tags
Comments
Post a Comment for 000065b
